Nasz serwer sponsoruje CJ2 Hosting & Development

 
Kapitalistyczne cwaniactwo   
Znalazłeś na naszym forum temat podobny do tego? Kliknij tutaj!
Ocena:
20 głosów
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Prawda2.Info -> Forum -> Wiadomości Odsłon: 32645
Strona:  «   1, 2, 3 ... 15, 16, 17, 18   »  Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
WZBG




Dołączył: 05 Paź 2008
Posty: 3597
Post zebrał 0.04 mBTC

PostWysłany: 11:44, 20 Lis '17    Pojedynczy post Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Cytat:
Wielkie oszustwo pocztowe w Niemczech. Firmy kurierskie wyłudziły dziesiątki milionów euro 19.11.2017 PAP

Dostawa przesyłki źródło: ShutterStock

Niemiecka Poczta (Deutsche Post) została oszukana przez nieuczciwe firmy kurierskie na kilkadziesiąt milionów euro. Jak podało niedzielne wydanie "Frankfurter Allgemeine Sonntagszeitung" - "FAS" - oszuści pobierali rabaty za nieistniejące listy i przesyłki.

Według "FAS" Deutsche Post mogła stracić na nieuczciwych praktykach od 50 do 100 milionów euro. Prywatne firmy, które odbierają przesyłki od klientów i dostarczają je w większych pakietach do sortowni listów, podawały w rozliczeniach znacznie zawyżone dane, by skasować wyższe rabaty.

Zdaniem redakcji skandal może dotyczyć setek milionów listów.

Wysokość upustów przyznawanych przez pocztę uzależniona jest od liczby listów i przesyłek.

O nieuczciwy proceder oskarżonych jest 14 osób w wieku od 39 do 58 lat. Trzy z nich przebywają w areszcie śledczym.

Dziennikarze przypuszczają, że oszuści mieli wspólników w strukturach Deutsche Post. Oszustw dokonywano przede wszystkim w centrali przedsiębiorstwa we Frankfurcie nad Menem, najczęściej w soboty, gdy kontrole przyjmowanych listów są z reguły mniej dokładne.
http://forsal.pl/biznes/aktualnosci/arty.....-euro.html
_________________
Dzieje się krzywda dokonywana przez jednych na drugich.
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
WZBG




Dołączył: 05 Paź 2008
Posty: 3597
Post zebrał 0.04 mBTC

PostWysłany: 12:31, 21 Lis '17    Pojedynczy post Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Cytat:
Niemieckie koncerny motoryzacyjne korzystają z pracy dzieci w Kongo 16.11.2017

Dzieci pracujące w kopalni kobaltu w Kongo foto: EAST NEWS

Niemieckie koncerny motoryzacyjne, takie jak Daimler i Volkswagen, korzystają z pracy dzieci w Demokratycznej Republice Konga. Siedmiolatki wydobywają tam w kopalniach kobalt, potrzebny do produkcji m.in. energooszczędnych akumulatorów do samochodów elektrycznych – informuje „Deutsche Welle", powołując się na raport organizacji ochrony praw człowieka Amnesty International (AI).

Według AI, kopalnie Konga pokrywają ponad połowę ogólnoświatowego zapotrzebowania na kobalt. A zapotrzebowanie na pierwiastek stale rośnie wraz popularnością energooszczędności.

AI sprawdziło, czy wielkie międzynarodowe koncerny wywiązują się z obowiązku udokumentowania, że nie narusza praw człowieka. Okazało się, że żadna z 29. firm nie robi tego w pełni. Raport organizacji wskazuje, że deficyty w tej kwestii panują zwłaszcza w branży motoryzacyjnej. – Niektóre przedsiębiorstwa wprawdzie polepszyły system kontrolowania sieci dostaw urządzeń zawierających kobalt, ale ciągle jest to jeszcze sytuacja daleka od zadowalającej – powiedział cytowany przez „DW" ekspert AI Mathias John.

Autorzy raportu wskazują, że sytuacja poprawia się wyraźnie „w niektórych aspektach" w BMW, z kolei „istotne deficyty" występują wciąż w koncernach, takiej jak: Volkswagen czy Daimler. Brak transparencji powoduje, że ludzie, kupując np. samochody elektryczne, nieświadomie wspierają pracę dzieci. Dlatego AI nawołuje nowy rząd Niemiec, aby nareszcie zobowiązał firmy „do dotrzymywania tzw. wymogów należytej staranności".
http://superbiz.se.pl/wiadomosci-biz/nie.....27746.html


Cytat:
Ile pracy dziecięcych rąk tkwi w niemieckich samochodach? 15.11.2017 Elżbieta Stasik

Międzynarodowa Organizacja Pracy piętnuje światowe koncerny, które w niedostatecznym stopniu zwalczają pracę dzieci. Są wśród nich niemieckie koncerny motoryzacyjne.

Mali robotnicy w kopalni kobaltu w Demokratycznej Republice Konga (picture-alliance/dpa/T. Coombes)

Zarzuty Międzynarodowej Organizacji Pracy (MOP) skierowane są pod adresem wiodących koncernów elektronicznych takich jak Apple, Samsung czy Sony, ale też niemieckich koncernów samochodowych: BMW, Daimler i Volkswagen. Wszystkie one niezmiennie korzystają z pracy dzieci w Demokratycznej Republice Konga – wynika z raportu „Time to recharge” („Czas na naładowanie”) opublikowanego przez międzynarodową organizację ochrony praw człowieka Amnesty International (AI).

W kopalniach kobaltu Konga, które według AI pokrywają ponad połowę światowego zapotrzebowania na ten pierwiastek, pracują już siedmioletnie dzieci narażając zdrowie i życie. Na ten dramatyczny stan Amnesty International wskazała już na początku 2016 r. w raporcie „This is what we die for” („Za to umieramy”).

Ciągle rosnące zapotrzebowanie na energooszczędne akumulatory potrzebne do samochodów elektrycznych, laptopów czy smartfonów i urządzenia do magazynowania energii z odnawialnych źródeł sprawia, że wzrasta też popyt na stosowany w tych technologiach kobalt. AI zbadało 29 firm. Żadna z nich nie wywiązała się w pełni z obowiązku udokumentowania, że nie narusza praw człowieka.

Koncerny samochodowe muszą zrobić wszystko, by kobaltu potrzebnego do akumulatorów nie wydobywało żadne dziecko na świecie (picture-alliance/dpa/L. Mirgeler)

Kobalt w samochodach

Deficyty panują w tej kwestii zwłaszcza w branży samochodowej, wskazuje raport AI. Wyraźnie poprawiła się „w niektórych aspektach” sytuacja w BMW, które wypada lepiej niż inne koncerny motoryzacyjne, ale w dalszym ciągu istnieją „wyraźne deficyty”. A na „istotne deficyty” Amnesty International wskazuje w koncernach Volkswagena i Daimlera. Niektóre przedsiębiorstwa wprawdzie polepszyły system kontrolowania sieci dostaw urządzeń zawierających kobalt, ale ciągle jest to jeszcze sytuacja daleka od zadowalającej – powiedział ekspert AI Mathias John.

Przede wszystkim brakuje transparencji. Dlatego ciągle istnieje niebezpieczeństwo, że kupując smartfon, laptopy czy samochody elektryczne ludzie nieświadomie wspierają pracę dzieci, uważa AI. Dlatego nowy rząd Niemiec „nareszcie musi zobowiązać firmy do dotrzymywania tzw. wymogów należytej staranności”. Temat pracy dzieci musi być uwzględniony w toczących się właśnie rozmowach sondażowych o utworzeniu niemieckiego rządu.

Wszyscy dostawcy kobaltu muszą przestrzegać praw człowieka i przepisów dotyczących wydobycia minerałów, zgodnie z wytycznymi ONZ i Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD). Musi się to dziać na wszystkich etapach produkcyjnych, począwszy od wydobycia minerałów, skończywszy na produkcji zawierających je urządzeń. W przypadku naruszania praw człowieka koncerny muszą interweniować i zadbać o pomoc dla poszkodowanych.

Szef MOP: „Nie chcemy niewolnictwa"

Zabiegi światowej społeczności w walce z pracą dzieci znowu osłabły w ostatnim czasie – krytykuje Międzynarodowa Organizacja Pracy (MOP). Wprawdzie liczba pracujących dzieci zmniejszyła się od 1997 r. o prawie sto milionów. Ale rozwój ten został mocno przyhamowany w ostatnich czterech latach, skrytykował w Buenos Aires dyrektor generalny MOP Guy Ryder.

W stolicy Argentyny odbywa się do czwartku (16.11.2017) światowa konferencja na temat trwałego wyeliminowania pracy dzieci. Uczestniczą w niej przedstawiciele rządów, organizacji pracodawców, związków zawodowych i organizacji humanitarnych ze 193 państw.

Niemal połowa dzieci zmuszanych do pracy robi to w warunkach zagrażających ich zdrowiu i życiu. Podczas otwarcia konferencji Guy Ryder wezwał państwa, by podjęły zdecydowane kroki prowadzące do tego, „by nie tolerować dłużej tej sytuacji nie do zniesienia”. Dokonujące się obecnie zmiany na rynkach pracy prowadzą do ogromnej niepewności na całym świecie. – Ale jedno jest pewne: nie chcemy dłużej żadnych pracujących dzieci i żadnego nowoczesnego niewolnictwa – podkreślił szef MOP.

Według szacunków ekspertów co dziesiąte dziecko na świecie jest zmuszane do pracy. W sumie pracują 152 mln dziewczynek i chłopców. Dla porównania – dorosłych pracuje na świecie niewiele więcej, bo blisko 200 mln. Celem jest całkowite wyeliminowanie do 2025 r. pracy dzieci.
afp, dpa / Elżbieta Stasik
http://www.dw.com/pl/ile-pracy-dziecięcy.....a-41387009
_________________
Dzieje się krzywda dokonywana przez jednych na drugich.
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
WZBG




Dołączył: 05 Paź 2008
Posty: 3597
Post zebrał 0.00 mBTC

PostWysłany: 15:25, 22 Lis '17    Pojedynczy post Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Cytat:
Czeski kierowca procesuje się z Deutsche Post 11.11.2017 Barbara Cöllen

Przed sądem pracy w Bonn czeski kierowca zaskarżył niemiecką pocztę. Chce, żeby mu zapłaciła różnicę między niemiecką płacą minimalną a tym, co otrzymywał od swojej firmy spedycyjnej.

Deutschland Streetscooter Deutsche Post (picture-alliance/dpa/A. Weigel)

Jeśli Czech odniesie sukces przed bońskim sądem pracy, może to być sygnałem dla całej branży transportowej – pisze opiniotwórcza „Süddeutsche Zeitung”(SZ) w sobotnim wydaniu (11.11.17). Gazeta przygląda się dokładnie zagranicznym spedycjom z krajów Europy Środkowej i Wschodniej. Wykonują one jako podwykonawcy usługi m.in. dla Deutsche Post, płacąc swoim kierowcom głodowe, jak na warunki niemieckie, wynagrodzenia. Dla niemieckich związków zawodowych jest to dumping płacowy.

Czeski kierowca przypadkowo w 2015 r. dowiedział się od niemieckich związkowców, że przysługuje mu w okresie pracy w Niemczech obowiązująca tam godzinowa stawka minimalna. W rozmowie z SZ Czech opowiada, że wniesione przez niego powództwo przeciwko Deutsche Post zmieniło jego życie. Czeski pracodawca wysłał go na przymusowy urlop. Nie wolno mu już siadać za kierownicą. „Siedzi w domu, żyje z pensji podstawowej, bez dodatków i diet. To też pewien sygnał” – podkreśla monachijska gazeta.

Za czas pracy na niemieckich drogach Czech spodziewa się otrzymać od Deutsche Post dokładnie 8302,50 euro. Jest to różnica między jego wynagrodzeniem, jakie dostałby zgodnie z niemieckimi regulacjami za okres pracy od października 2015 do sierpnia 2016, a wynagrodzeniem za ten sam okres u czeskiego spedytora.


Na zapytanie redakcji SZ Deutsche Post nie ustosunkowała się do wszczętej sprawy.

Poczta odrzuca odpowiedzialność za niskie płace

„Süddeutsche Zeitung” pisze też o Polaku, który mieszka niedaleko niemieckiej granicy i trzy tygodnie w miesiącu jako pracownik polskiej spedycji spędza w Niemczech. Jego pensja miesięczna za rozwożenie listów i paczek dla Deutsche Post wynosi 850 euro. Nie stanowi to nawet połowy zarobków niemieckich kierowców wykonujących te same czynności. Nie uwzględnia się też przy tym wynagrodzeniu niemieckich regulacji.

Wg informacji związku zawodowego Verdi połowa wszystkich kierowców, którzy rozwożą w Niemczech listy i paczki dla Deutsche Post nie jest też bezpośrednio zatrudniona w koncernie. Trzy tysiące z nich pracuje dla podwykonawców, których Deutsche Post nazywa „partnerami serwisowymi”. Jak informuje SZ są to różni spedytorzy z siedzibą w Niemczech oraz Europie Wschodniej.
Poczta dotychczas odsuwała od siebie odpowiedzialność za niskie płace zagranicznych kierowców. Monachijski dziennik pisze, że przerzuca odpowiedzialność za prawidłowe opłacanie swoich pracowników najprawdopodobniej na zagranicznych podwykonawców”. Rzeczniczka Niemieckiej Poczty odpowiedziała redakcji gazety, że podwykonawcy zobowiązują się do przestrzegania wszystkich przepisów, także prawa pracy, przystępując do przetargu.

Szansą na poprawę sytuacji mogłoby być pozytywne orzeczenie ws. pozwu czeskiego kierowcy. Ale najwidoczniej nie wszyscy gotowi są do wejścia na drogę sądową. Polak, z którym rozmawiała SZ, jest zadowolony ze swoich 850 euro i twierdzi, że zarabia więcej niż w Polsce.

Opr. Barbara Cöllen (SZ)
http://www.dw.com/pl/czeski-kierowca-pro.....7-xml-mrss
_________________
Dzieje się krzywda dokonywana przez jednych na drugich.
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
WZBG




Dołączył: 05 Paź 2008
Posty: 3597
Post zebrał 0.00 mBTC

PostWysłany: 12:50, 23 Lis '17    Pojedynczy post Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Cytat:
Uczniowie wykorzystywani przy produkcji iPhone'a X 2017-11-23

Wyniki dziennikarskiego śledztwa "Financial Times" pokazały, że uczniowie z jednej z chińskich szkół byli wykorzystywani podczas stażu, do którego zatrudniła ich firma Foxconn zajmująca się produkcją iPhone'ów X. Młodzież pracowała po 11 godzin dziennie, a staż nie miał nic wspólnego z ich profilem zawodowym.

(fot. Bobby Yip / FORUM)

Uczniowie w wieku 17-19 lat ze szkoły Zhengzhou Urban Rail Trainsit School zostali zatrudnieni na zasadach stażu w jednej z fabryk Foxconn. Jak się okazało, młodzież otrzymała propozycję nie do odrzucenia, a odbycie praktyki było wymagane przez szkołę na tym etapie nauczania. Jedna z uczennic powiedziała w rozmowie z "FT", że praca przy iPhone'ach nie ma za wiele wspólnego z kolejowym kierunkiem kształcenia. W ciągu jednego dnia pracy była w stanie zmontować 1 200 nowych modeli od Apple.

Praca w wymiarze 11 godzin dziennie zdaniem stażystów była obowiązkowa. Zarzuty wymierzone w Foxconn i Apple'a okazały się jednak zasadne. Obie firmy potwierdziły zarzut dotyczący pracy w nadgodzinach, tłumacząc, że praca w tym wymiarze dotyczyła kilku przypadków i że te osoby były godnie wynagradzane. W fabrykach zatrudnionych było 3 000 uczniów.
Według jednego z pracowników hali, Foxconn regularnie podpisuje umowy ze stażystami, aby uzupełnić sezonowe braki kadrowe przypadające na okres od sierpnia do grudnia.

WSZ
https://www.bankier.pl/wiadomosc/Uczniow.....57754.html
_________________
Dzieje się krzywda dokonywana przez jednych na drugich.
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
WZBG




Dołączył: 05 Paź 2008
Posty: 3597
Post zebrał 0.00 mBTC

PostWysłany: 12:24, 24 Lis '17    Pojedynczy post Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Cytat:
Wielka porażka Niemców – trzy koncerny podejrzewane o oszustwa przy budowie lotniska w Berlinie 17 sierpnia 2015

Bosch, Siemens i T-Systems należący do Deutsche Telekom podejrzewane są o oszustwa przy budowie nowego portu lotniczego w Berlinie. I tak już pechowego portu lotniczego, bo nie dość, że jego budowa jest już opóźniona o 5 lat, to koszty inwestycji dawno przekroczyły budżet. Szykuje się wielki skandal. [...]

http://podroze.onet.pl/aktualnosci/syste.....-bez/9ejk6

Cytat:
Możliwy kolejny poślizg w otwarciu lotniska w Berlinie. Mija już pięć lat od terminu 23.11.2017 PAP

Lotnisko Berlin-Brandenburg w budowie, stan marzec 2012 (3) źródło: Bloomberg autor zdjęcia: Michele Tantussi

Termin otwarcia nowego lotniska w Berlinie ze względu na wykrycie następnych wad budowlanych może ulec kolejnemu przesunięciu, być może aż do roku 2021 - podał w czwartek dziennik "Der Tagesspiegel", powołując się na nową techniczną ekspertyzę.

Nowy port lotniczy w Berlinie BER miał rozpocząć działalność 3 czerwca 2012 roku. Od tego czasu termin otwarcia kilkakrotnie przesuwano ze względu na wady systemów przeciwpożarowych oraz innych niedociągnięć konstrukcyjnych. Dyrekcja BER zapowiadała, że w połowie grudnia poda ostateczny termin przekazania lotniska do użytku.

Z datowanej na początek listopada ekspertyzy sporządzonej przez Stowarzyszenie Nadzoru Technicznego (TUeV) z Nadrenii wynika, że pomimo pięcioletnich prac naprawczych systemy, których poprawność zakwestionowano w 2012 roku nadal są niesprawne.

Eksperci badający północną część budynków lotniska wykryli wady w działaniu systemu wentylacyjnego. Za nie nadające się do użytku uznano także natryski wody uruchamiane w przypadku pożaru, oświetlenie awaryjne i system alarmu przeciwpożarowego - czytamy w "Tagesspieglu". Wady stwierdzono w sześciu z 10 systemów w tej części portu lotniczego.

Zdaniem "Tagesspiegla" otwarcie berlińskiego lotniska w 2019 roku, jak wcześniej zakładano, nie wchodzi w rachubę. Redakcja uważa, że nastąpi to dopiero w 2021 roku.

Budowa portu lotniczego Berlin-Brandenburg (BER) im. Willy'ego Brandta w Schoenefeld w południowo-wschodniej części stolicy Niemiec rozpoczęła się w 2006 roku. Pierwsze samoloty miały wystartować na jesieni 2011 r.
>>> Czytaj też: Nad lotniskiem w Berlinie wisi fatum. Nie zdążą do 2017 roku?

Nowy port lotniczy obliczony jest na obsługę 27 mln pasażerów rocznie. Już teraz wiadomo, że pojemność portu będzie wkrótce zbyt mała, a liczba pasażerów może wzrosnąć do 37 mln.

Koszt budowy lotniska wzrósł z zakładanych początkowo 2,5 mld euro do 6,6 mld euro. Inwestycja powstaje na terenie dawnego głównego lotniska pasażerskiego NRD Berlin-Schoenefeld.

Nowy port lotniczy Berlina ma być trzecim co do wielkości w Niemczech - po Frankfurcie nad Menem i Monachium. To największa inwestycja infrastrukturalna w Niemczech w ostatnich latach.

Udziałowcami spółki budującej lotnisko jest skarb państwa oraz kraje związkowe Berlin i Brandenburgia. Ciągnąca się latami budowa BER stała się symbolem niezdolności władz RFN i Berlina do realizacji prestiżowej inwestycji.
http://forsal.pl/transport/lotnictwo/art.....rminu.html




Przy produkcji w Niemczech efekt skali sprzyja niższym cenom (transport z Niemiec podwyższa ceny, niższe do zachodnich województw Polski i wyższe do wschodnich województw Polski).
Przy produkcji w Polsce odpada koszt transportu z Niemiec. Maksymalizacja zysku lokalnych dostawców niweluje wpływ niższych kosztów "pracy" w Polsce na cenę produktu.
Wyższa cena wynika m.in. z określania: produktów PREMIUM vs produktów masowych, o czym tłumaczenie Lidl nie wspomina.


Cytat:
W Lidlach w Polsce jest drożej niż w Niemczech? Sklep wydał oświadczenie 23.11.2017


Logo sieci Lidl przed jednym ze sklepów, Londyn, 23.01.2014 źródło: Bloomberg autor zdjęcia: Matthew Lloyd
Produkty własnych marek Lidl potrafią w Polsce być nawet o 85 proc. droższe niż w Niemczech. Co na to przedstawiciele firmy?
Według audytu przeprowadzonego przez platformę TakeTask, produkty marek własnych w sklepach sieci Lidl w Polsce są średnio o 10 proc. droższe niż w Niemczech – podaje serwis internetowy mondaynews.pl. Różnica w cenie koszyka 86 identycznych towarów to już prawie 60 zł.

Okazało się też, że aż 70 proc. takich artykułów w Polsce kosztuje więcej, a 29 proc. mniej. Jednym z powodów różnicy cen jest według autorów audytu fakt, że część artykułów, które są w Niemczech sprzedawane jako masowe, w Polsce prezentowane są jako artykuły Premium. Ma to dotyczyć szczególnie importowanej żywności. Na przykład ocet balsamiczny podczas audytu był o 85 proc. droższy niż w Niemczech. Nawet w promocji produkt w Polsce był droższy – pisze mondaynews.pl.

W Polsce droższe jest też 64 proc. produktów nieżywnościowych – na przykład płyn do czyszczenia W5 Eco był o 71 proc. droższy niż w Niemczech, a jeden z przysmaków dla psów o 60 proc.

Autorzy raportu zaznaczają, że na jego podstawie nie można jednak generalizować, że w Polsce jest drożej, bowiem nie przeanalizowano wielu towarów. Pod uwagę wzięto tylko te, które w Polsce i w Niemczech są faktycznie identyczne, mają ten sam kod kreskowy i są sprzedawane w całej Europie.

Sklep wydał w tej sprawie oświadczenie, w którym podkreśla, że „na kształtowanie się wysokości cen produktów w danym kraju wpływa wiele czynników, w tym m.in. wielkość dokonywanych zamówień u dostawców, koszty transportu i magazynowania, wysokość VAT, akcyzy czy koszt produkcji opakowań”.

„W tym przypadku ogromne znaczenie ma efekt skali – na rynku niemieckim działa ponad 3000 sklepów Lidl, w Polsce natomiast ponad 600. Oznacza to, że Lidl w Niemczech, przy składaniu zamówień u dostawców, posiada blisko pięciokrotnie większą siłę nabywczą, co przekłada się na obniżenie jednostkowych cen produktów.

W przypadku kosmetyków lub alkoholi na różnice w cenach wpływa także wysokość podatków, np. VAT-u, który dla kosmetyków i alkoholi mocnych jest wyższy w Polsce, a także akcyzy obejmującej alkohole mocne i wina” – czytamy w oświadczeniu.
http://forsal.pl/biznes/handel/artykuly/.....zenie.html

Komentarze:

Cytat:
Pioter
Konkurencja? A jaka Polska sieć dostała od Banku Światowego miliard dolarów na rozwój działalności w "przymierających głodem" krajach Europy Wschodniej? "The German discount supermarket Lidl and its sister chain Kaufland have benefited from almost $900m (£576m) in public development money over the past decade, the Guardian can reveal. The companies, owned by the large retail company Schwarz Group and controlled by one of Germany’s wealthiest families, received loan funding from a little-known wing of the World Bank and from the European Bank for Reconstruction and Development (EBRD)." https://www.theguardian.com/business/201.....ern-europe

abcdeee
Zagraniczne sieci marketów często dostawały dofinansowanie na rozwój sieci handlowej w Polsce - wszystko odbywało się kosztem polskich firm których rozwój został zablokowany. Teraz mamy wysokie ceny pomimo niższych kosztów pracy i wyprowadzanie zysku za granicę.

curious
A jaki problem drodzy rodacy założyc polki odpowiednik Lidla? I wygrać z nim niższymi cenami co? Do dzieła a nie biadolić, że nas znowu łupią.

tuis
Lidl ma prawny obowiązek traktować wszystkich klientów na równych zasadach. A to że bezczelnie kłamią dlaczego to samo jest zdecydowanie droższe w Polsce niż u Niemców to jest ******************** tłumaczenie, w które nikt rozsądny nie uwierzy. No przesadziłem, curious wierzy w kłamstwa Lidla. Curious przestań bredzić żeby sobie każdy Lidla otworzył bo to jest przykład ekonomii dla liberalnych kretynów. Pewnie wierzysz jeszcze w coś takiego jak " niewidzialna ręka rynku". Przypominam Ci tylko, że w 2008 roku kapitalizm, zwłaszcza liberalny zbankrutował.
http://forsal.pl/biznes/handel/artykuly/.....zenie.html
_________________
Dzieje się krzywda dokonywana przez jednych na drugich.
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
WZBG




Dołączył: 05 Paź 2008
Posty: 3597
Post zebrał 0.00 mBTC

PostWysłany: 12:32, 27 Lis '17    Pojedynczy post Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Cytat:
Nowy Jork - stolica Trzeciego Świata, Dubaj - miasto przyszłości. Zachód staje się peryferiami Wschodu 27.11.2017

Times Square, Nowy Jork źródło: ShutterStock

To Meksyk, Dubaj, Lagos czy Shenzhen, a nie Londyn, Paryż czy Nowy Jork są miastami przyszłości. Zachód od dawna traci pozycję globalnego centrum społeczno-gospodarczego. Polska stała się więc w rzeczywistości peryferiami „drugiego świata”.

To jedna z głównych tez książki Kacpra Pobłockiego zatytułowanej „Kapitalizm. Historia krótkiego trwania”. Autor pisze w niej o zmianie sił w globalnej gospodarce i metamorfozie globalnego kapitalizmu, które rozpoczęły się na dobrą sprawę już w połowie poprzedniego wieku. Zdaniem autora Zachód musi uświadomić sobie, jaki wpływ na jego kondycję i perspektywy mają zachodzące obecnie zmiany. Zauważa on również, że obecny światowy porządek nie jest nowy, a historyczna i obecna centralna pozycja Zachodu na mapie świata to jeden z mitów naszego kulturowego kręgu.

Kapitalizm opiera się zdaniem Pobłockiego na dwóch filarach: „urbanizacji kapitału”, czyli wyłonieniu się rynku nieruchomości oraz instytucji niewolnictwa. Starożytność czy średniowiecze nie stanowią wynikających z siebie epok czy faz rozwoju, ale są modyfikacjami kapitalizmu jako systemu opartego na niewolniczej pracy (niewolnictwa rozumianego również jako przymus ekonomiczny). Jaką rolę pełni dzisiaj miasto i kto odgrywa rolę niewolnika?

Palm Island w Dubaju źródło: ShutterStock

Szacuje się, że w 2050 roku 80 proc. ludności świata będzie mieszkała w miastach. Wśród miast uważanych za modelowe dla XXI wieku nie ma ośrodków znajdujących się w Euroameryce. Tylko 3 z 20 najwyższych budynków na świecie znajduje się na Zachodzie. Miasta, takie jak Nowy Jork czy Paryż, nie są już najdroższe. Najwyższe koszty życia są w stolicy Angoli – Luandzie. Kołem zamachowym globalnej urbanizacji są natomiast Chiny. W ciągu 22 lat pojawiło się tam 250 milionów nowych mieszczuchów. Środek ciężkości światowej gospodarki przenosi się w stronę krajów tzw. grupy BRIC (Brazylia, Rosja, Indie, Chiny). Według prognoz ONZ do 2050 roku kraje te będą wytwarzały 40 proc. światowego PKB. Wspomniane państwa są też motorem napędowym szybkiego wzrostu globalnej populacji. Między 1970 a 2011 rokiem liczba ludności świata wzrosła z 3,6 do 7 miliardów. Przekłada się to na bardzo szybki wzrost wielkości siły roboczej – na świecie klasa robotnicza liczy około 3 miliardy osób.

Proces przesunięcia ośrodka współczesnego kapitalizmu z Zachodu do Chin czy na Bliski Wschód znakomicie obrazują przekształcenia, do jakich doszło w jednych z najważniejszych miast obu kręgów cywilizacyjnych - Nowym Jorku i Dubaju.

Nowy Jork - stolica Trzeciego Świata

Nowy Jork w dobie globalnej finansjalizacji można uznać za pierwszą metropolię Trzeciego Świata” – pisze Pobłocki. W latach 70. XX wieku bankierzy z Wall Street przejęli polityczną kontrolę nad miastem. Celem „planistów” z sektora finansowego było „zwinięcie” Nowego Jorku. To eufemistyczne określenie na zlikwidowanie w tej aglomeracji przemysłu. W latach 1970-93 liczba miejsc pracy w tym sektorze zmniejszyła się z 766 tysięcy do 286 tysięcy, czyli o 63 proc. Autor monografii o Nowym Jorku Robert Fitch twierdzi, że deindustrializacja miasta nie miała charakteru demokratycznego, ale została zaplanowana i przeprowadzona przez finansjerę. Nowy Jork zamienił się więc (jak pisał Fitch) z „najprawdopodobniej najbogatszej i najbardziej różnorodnej kultury przemysłowej na świecie w zamożne miasto”. Miał więc na przykład sieć miejskich szpitali i usług publicznych, o których reszta USA mogła tylko pomarzyć.

Już jednak na początku lat 90. niewiele po nich zostało. Według Fitcha struktura społeczna Nowego Jorku przypominała bardziej miasta Meksyku czy Peru niż aglomeracje z krajów Europy Zachodniej. Na skutek deindustrializacji Nowy Jork stał się miastem z najniższym zarobkami i najwyższymi kosztami życia w całej Ameryce. Charakterystycznymi cechami Wielkiego Jabłka są od lat 90. poprzedniego wieku wysokie bezrobocie, wysoki stopień uzależnienia mieszkańców od pomocy publicznej oraz dramatyczna bieda. Ludzie żyją w tym mieście, ale nie ma tam dla nich pracy. Nowy Jork jest przykładem miasta przeurbanizowanego, w którym wykształciły się społeczne masy, które stanowią „zbędną” ludność.

Postindustrialna historia Nowego Jorku to historia miasta, które stało się „biurowym Disneylandem”. Likwidacja przemysłu doprowadziła do tego, że całe masy obywateli tego miasta straciły pracę. Największy ośrodek amerykańskiego wschodniego wybrzeża stał się archetypem podzielonego klasowo miasta. Nową arystokracją tego miasta stali się pracownicy wielkich korporacji, którzy spędzają połowę życia w biurowcach mieszczących się w centrum miasta. Nowy Jork jest miastem kontrastów. Największa ekonomiczna przepaść występuje pomiędzy Manhattanem a Bronksem. Pierwsza z dzielnic to monokultura finansowa, druga – monokultura biedy. Ale również w obrębie samego Manhattanu można znaleźć ośrodki ubóstwa. Idealnym przykładem jest zamieszkiwana głównie przez Afroamerykanów dzielnica Harlem.

Jedyną dynamicznie rozwijającą się w Bronksie czy w Harlemie branżą był od dawna handel narkotykami. Philippe Bourghois, autor studium życia dilerów w hiszpańskim Harlemie, napisał: „awans w czarnej gospodarce narkotykowej wymaga systematycznego stosowania przemocy wobec współpracowników, sąsiadów oraz, w pewnym stopniu, wobec samego siebie”. Zgodnie z zasadami rządzącymi podziemną ekonomią, zachowania takie stanowią swoistą formę budowania PR-u oraz inwestycję w rozwój „kapitału społecznego”. Twarde używki są silnym środkiem miastobójczym. Drugim najważniejszym, zaraz po likwidacji przemysłu.

Dubaj - miasto przyszłości

Za stolicę nowego centrum globalnej gospodarki uważa się Dubaj. Jak opisuje w swojej książce Pobłocki, miasto to jest bardzo nietypowym tworem. Jeszcze w 1968 roku mieszkało tam zaledwie 60 tys. osób. Jednak silny wzrost cen ropy po 2001 roku sprawił, że pieniądze z okolicznych naftowych krajów zaczęły płynąć szeroki strumieniem w kierunku tego miasta. Rozpoczął się budowlany boom. Jednak tylko 30 proc. powstałych tam nieruchomości zasiedlają mieszkańcy miasta – reszta powstaje w celach spekulacyjnych.

Rozwój Dubaju opiera się na trzech branżach: nieruchomościach, turystyce i prostytucji. 50 proc. wszystkich zatrudnionych tam osób pracuje w branży nieruchomości jako budowlańcy, architekci czy agenci nieruchomości.

Autor „Kapitalizmu…” nazywa Dubaj miastem spektaklu. Paradoksalnie można go zwiedzać bez bezpośredniego kontaktu z samą tkanką miejską: albo z pozycji wnętrz budynków albo z samochodu, albo z dostosowanego do tego celu metra. Tylko 9 proc. mieszkańców miasta korzysta z transportu publicznego. Chodniki w Dubaju pełnią funkcję dekoracyjną, a wiele z nich prowadzi donikąd. Miasto to można określić mianem ogromnego centrum handlowego. "To jeden wielki, klimatyzowany i pilnie strzeżony budynek, który nie ma już swego zewnętrza" – pisze Pobłocki.

Powstanie opisanego powyżej symbolu luksusu nie byłoby jednak możliwe bez ogromnego wkładu pracy taniej siły roboczej. „Aby móc wybudować te wszystkie cuda, potrzebni są nam niewolnicy. Pamiętasz, jak zbudowano piramidy” – powiedział „Guardianowi” jeden z obcokrajowców korzystających z miejscowych luksusów. Obywatele Zjednoczonych Emiratów Arabskich to zaledwie 10 proc. mieszkańców Dubaju. Pozostała część to imigranci, głównie z Indii i Pakistanu. Nawet ich potomkowie urodzeni w Dubaju nie mają lokalnego obywatelstwa. Imigrant w tym mieście nie ma więc praw politycznych ani społecznych. Zdecydowana większość mieszkańców ma status tymczasowych pracowników. Pozwolenie na pobyt w tym kraju jest powiązane z pracą – w momencie utraty zatrudnienia imigranci tracą prawo do pobytu. Aby zmienić pracę, imigranci muszą wrócić do ojczystego kraju i ponownie uzyskać potrzebne dokumenty. Nie trzeba nawet dodawać, że przekracza to często ich finansowe możliwości, więc są ubezwłasnowolnieni. Paszporty nowo przybyłym pracownikom zabierają nawet rządowe instytucje. To swego rodzaju karykatura rynku pracy, jaki znamy na Zachodzie.

Współcześni niewolnicy są też kontrolowani za pomocą ekonomicznych środków nacisku. Imigranci sami pokrywają koszty podróży i otrzymania wiz. Aby dostać się do „ziemi obiecanej”, muszą sprzedawać majątki albo zadłużać się. Na miejscu otrzymują często znacznie niższe od obiecanych im przez dubajczyków stawki. Ceny nieruchomości i najmu w Dubaju są na kosmicznym poziomie, więc pracownicy-imigranci żyją w fatalnych warunkach. Aby przeżyć, pracują po 10-12 godzin dziennie przez 6 dni w tygodniu. Kobiety są zatrudnione najczęściej jako nianie, pracownice seksualne i służące. W 2005 roku żyło w tym mieście około 10 tys. niewolnic seksualnych. W mieście powstają enklawy bogactwa i biedy – na nieliczną kastę bogaczy pracują całe masy niewolników.

Rodowici Emiratczycy stanowią klasę rentierów. Lokalne prawo mówi, że każda firma musi zatrudniać odpowiedni odsetek rdzennych pracowników, więc często są oni zatrudnieni na fikcyjnych etatach. „Poza tym otrzymują od rządu nieoprocentowane pożyczki, przydziały ziemi i darmową opiekę zdrowotną. Państwo finansuje im też w całości dowolne studia aż do poziomu doktoratu, wypłaca premie za poślubienie innego rdzennego obywatela Emiratów, a nawet pokrywa rachunki telefoniczne” – pisze Pobłocki.

Charakterystyczną cechą kapitalizmu w Krajach Trzeciego Świata jest to, że nie jest on powiązany z demokracją. Emiratami rządzi król, a państwo ma strukturę przypominającą wielką korporację. Wolność słowa to fikcja. Władza kupuje społeczny spokój za zapewnienie mieszkańcom nieograniczonej możliwości konsumpcji. Autor książki stawia pytanie: czy kapitalizm po dubajsku to ostateczna wersja tego ustroju, czy może jakiś jego nowy rodzaj? Stawia hipotezę, że to właśnie taka feudalna forma stosunków władzy i kontroli może stanowić przyszłość kapitalizmu. Dane jednoznacznie wskazują na to, że to miasto będzie nadawało ton gospodarce przyszłości. Jeżeli kapitalizm i liberalna demokracja zostaną rozdzielone, jak dzieje się dzisiaj chociażby we wspomnianym Dubaju czy Chinach, nie możemy liczyć na to, że będzie miał on „ludzką twarz”.
http://forsal.pl/swiat/aktualnosci/artyk.....chodu.html

Komentarze:
Cytat:
Z/?
Jeżeli rewolucja samochodów elektrycznych się powiedzie, to bez kasy z ropy Dubaj przestanie istnieć. Wszystkie te branże które Emiraty "rozwijają" opierają się na dotacjach z ropy. Nie będzie kasy z ropy to Dubaju też nie będzie.

Cytat:
Robol
Każdy kto był w Chinach wie o co chodzi. PKB miasta Pekin jest większe niż PKB całej polski. A w Chinach metropolii jest z 50. Wszystko nowe, szklane, wysokie, ludzie ciężko pracują dzieci się ciężko uczą. Gdy się wraca do Europy to wszystko stare, wąskie uliczki, niskie budynki a ludzie tylko piją alkohol. Rodzice nie chcą pracować, dzieci nie chcą się uczyć. Dlatego wschód się tak prężnie rozwija a na zachodzie od kryzysu do kryzysu. Tylko drukowanie pieniędzy teraz podtrzymuje zachod bo takie kraje jak U.K, USA czy Francją nie produkują niczego. zwiń
Cytat:
Pokaż odpowiedzi (1)Odpowiedz
Mart
Skoro ktoś te pieniądze przyjmuje, to chyba nie jest źle

Cytat:
Mart

Skończy się ropa, skończy się Dubaj. To miasto istnieje tylko dzięki reinwestowaniu zysków z ropy.

Cytat:
Pokaż odpowiedzi (3)Odpowiedz
Marou
Kolejny "mędrzec", który nigdy nie był w Dubaju. Tam nie ma ropy!

aga
@Marou: o co ci chodzi? Wydaje ci się, że miasta powstają w szybach wiertniczych? Dubaj powstał za pieniądze pochodzące ze sprzedaży ropy, a nie na polach naftowych, "mędrcze".

Mart
@Marou Oczywiście, że w Dubaju jest jej niewiele. Za to jest jej masa u sąsiadów. Firmy, które zarabiają na ropie inwestują zyski w Dubaju, ponieważ mają bardzo ograniczone możliwości inwestowania u siebie.


Cytat:
Jack
Śmieszny artykuł i totalne bzdury. Nowy Jork i Londyn jeszcze bardzo długo będą dominować. A porównywanie ich do Dubaju, miasta budowanego na pustyni z kraju którego jedynym bogactwem jest ropa i gaz to śmieszne.


http://forsal.pl/swiat/aktualnosci/artyk.....chodu.html
_________________
Dzieje się krzywda dokonywana przez jednych na drugich.
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Goska




Dołączył: 18 Wrz 2007
Posty: 2539
Post zebrał 0.00 mBTC

PostWysłany: 13:20, 27 Lis '17    Pojedynczy post Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Wożą jedzenie ~~
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
WZBG




Dołączył: 05 Paź 2008
Posty: 3597
Post zebrał 0.00 mBTC

PostWysłany: 13:47, 27 Lis '17    Pojedynczy post Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Cytat:
26 mln zł kary dla producenta leku na zatoki. Wprowadzał konsumentów w błąd 27.11.2017 PAP

leki, lekarstwa, prawo, narkotyki źródło: ShutterStock

Prawie 26 mln zł kary nałożył Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów na spółkę Aflofarm Farmacja Polska w Pabianicach - poinformował w poniedziałek Urząd, który uznał, że reklamy produktów firmy wprowadzały konsumentów w błąd. Dodano, że spółka zmieniła kwestionowane przez UOKiK reklamy.

Chodzi o emitowane w telewizji i internecie w 2015 i 2016 r. reklamy specyfików RenoPuren Zatoki Hot i RenoPuren Zatoki Junior.

Według Urzędu suplementy RenoPuren Zatoki Hot i RenoPuren Zatoki Junior były prezentowane tak, aby sprawiały wrażenie, że mają właściwości lecznicze.

"Działo się tak za sprawą fabuły (np. w reklamach RenoPuren Zatoki Hot występowała aktorka, której dolegliwości związane z zatokami ustąpiły po spożyciu suplementu diety), scenografii (sugerującej, że bohaterka reklamy jest lekarzem), scenariusza reklamy (można było usłyszeć m.in. „Nie odwołujemy wizyt? – Nie, zatoki już w porządku, mam RenoPuren”, pojawiały się napisy „oczyszcza zatoki”, „podnosi odporność”, „zdrowe zatoki na długo”)" - napisano.

Jak napisał w komunikacie UOKiK, suplementy diety nie leczą ani nie zapobiegają chorobom - są środkami spożywczymi, czyli żywnością.

Postępowanie przeciw Aflofarm Farmacja Polska wszczęto na początku kwietnia 2016 r.
Urząd poinformował też, że na jego zlecenie "TNS sprawdził, jak widzowie odbierali kwestionowane reklamy". Podkreślono, że wyniki badań potwierdziły zarzuty UOKiK - znaczna część badanych konsumentów myśli, że produkty te mają właściwości lecznicze. Widzowie postrzegają te suplementy diety jako produkty, które są skuteczne w przypadku dolegliwości związanych z zatokami.

"Badania potwierdziły, że konsumenci, oglądający reklamy RenoPuren Zatoki Hot i RenoPuren Zatoki Junior, byli wprowadzani w błąd. Myśleli, że reklamowane produkty mają właściwości lecznicze. A suplementy diety są żywnością. Nie leczą" – powiedział, cytowany w komunikacie, prezes UOKiK Marek Niechciał.

Jak mówił prezes, konsumenci nie potrafią odróżnić suplementu diety od leku, dlatego reklama musi rzetelnie informować o właściwościach produktu. "Lek jest w świadomości odbiorców bardziej atrakcyjny od suplementu. Ponadto pod wpływem błędnych informacji rodzice mogli kupić dzieciom, które mają chore zatoki, RenoPuren Zatoki Junior, zamiast pójść do lekarza – dodał.

UOKiK podał, że kara za wprowadzanie konsumentów w błąd wyniosła prawie 26 mln zł (25 mln 809 tys. 824 zł).

Urząd zaznaczył, że spółka zmieniła kwestionowane przez UOKiK reklamy.

"Aflofarm Farmacja Polska została zobowiązana do publikacji na własny koszt oświadczeń o tym, że wprowadzała w błąd. Pojawią się w telewizji Polsat, TVP 1 na Youtube, gdy decyzja będzie prawomocna" - czytamy w komunikacie.

UOKiK poinformował, że przedsiębiorca odwołał się do sądu. Dodano, że w toku pozostaje jeszcze postępowanie przeciwko Aflofarm Farmacja Polska, które dotyczy suplementu diety Magmisie.
http://forsal.pl/biznes/handel/artykuly/.....-blad.html


Cytat:
KE nałożyła 34 mln euro grzywny na producentów części samochodowych 22.11.2017 PAP

Komisja Europejska nałożyła w środę 34 mln euro grzywny na pięciu producentów części samochodowych za naruszenie unijnych przepisów antymonopolowych. Stworzyli oni kartele, w których ustalali ceny produktów.

Chodzi o firmy: Tokai Rika, Takata, Autoliv, Toyoda Gosei i Marutaka. Zajmują się one dostawą pasów bezpieczeństwa, poduszek powietrznych i kierownic do japońskich producentów samochodów, którzy działają w Europejskim Obszarze Gospodarczym (EOG). Przedsiębiorstwa brały udział w co najmniej jednym z czterech karteli.

Wszystkie firmy przyznały się do winy. Firma Takata nie została ukarana grzywną za uczestnictwo w kartelach, ponieważ ujawniła Komisji ich istnienie. Uniknęła w ten sposób ok. 74 mln euro kary. Również Tokai Rika nie został ukarany grzywną za udział w jednym z karteli, gdyż ujawnił KE jego istnienie. Z kolei ta firma dzięki temu uniknęła 15 mln euro kary.

"Pasy bezpieczeństwa i poduszki powietrzne chronią życie każdego dnia i są niezbędne we wszystkich samochodach w UE. Pięciu dostawców ukaranych dzisiaj zmówiło się, aby zmaksymalizować swoje zyski ze sprzedaży tych elementów. Mogło to podnieść koszty tych części samochodowych dla wielu producentów sprzedających samochody w Europie, potencjalnie wpływając na konsumentów. Nie akceptujemy karteli, które dotykają europejskich konsumentów, nawet jeśli są zorganizowane poza Europą" - powiedziała w środę unijna komisarz odpowiedzialna za politykę konkurencji Margrethe Vestager.

Pięciu dostawców części samochodowych ustalało ceny i wymieniło poufne informacje dotyczące dostaw pasów bezpieczeństwa, poduszek powietrznych i kierownic do japońskich producentów samochodów Toyota, Suzuki i Honda, działających w EOG. Działalność karteli była koordynowana, w szczególności w Japonii, głównie poprzez spotkania w siedzibach dostawców, ale także w restauracjach i hotelach i za pośrednictwem wymiany poczty elektronicznej.

Zdaniem KE kartel mógł mieć znaczący wpływ na europejskich klientów, ponieważ jeden na jedenaście sprzedawanych samochodów w Europie jest produkowany przez jedną z japońskich firm. Ponadto wszystkie japońskie przedsiębiorstwa samochodowe dotknięte skutkami kartelu mają zakłady produkcyjne w EOG.
Z Brukseli Łukasz Osiński (PAP)
http://forsal.pl/swiat/unia-europejska/a.....owych.html
_________________
Dzieje się krzywda dokonywana przez jednych na drugich.
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Goska




Dołączył: 18 Wrz 2007
Posty: 2539
Post zebrał 0.00 mBTC

PostWysłany: 15:03, 27 Lis '17    Pojedynczy post Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Przepracowani pracownicy Amazona trafiają do szpitala

Opublikowano: 27.11.2017 | Kategorie: Gospodarka, Wiadomości ze świata, Zdrowie

Pracownicy jednego z magazynów amerykańskiego sklepu internetowego Amazon w Tilbury zostali przyłapani na spaniu w pracy. To wynik wyczerpania po 55 godzinach pracy tygodniowo.

Pracownicy brytyjskiego oddziału jednego z największych sklepów internetowych na świecie dosłownie „spali na stojąco” z wyczerpania. To wynik wygórowanych oczekiwań w stosunku do pracowników, którzy musieli dostarczać nawet 300 przedmiotów na godzinę.

O sprawie doniósł brytyjski dziennik „Daily Mail”, który powołując się na pracowników Amazona opisał praktyki w magazynie w Tilbury. Jedną z nich było zasłanianie zegarów tak, aby pracownicy nie byli świadomi, ile czasu im zostało do zakończenia zmiany.

Sprawą wykorzystywania pracowników przez amerykańskiego giganta zajął się także jeden z reporterów gazety „Sunday Mirror”, który przez 5 tygodni pracował w magazynie. Stwierdził on, że pracownicy firmy byli nękani przez przełożonych, którzy wymagali od nich wypełniania zbyt dużej ilości zadań. Dziennikarz powiedział, że niektórzy jego koledzy pracowali przez 55 godzin tygodniowo, co skutkowało tym, że „dosłownie spali na stojąco”.

„Ci, którzy nie wypełniali celów narzuconych przez przełożonych, byli zwalniani. Osoby, które próbowały nadążyć za wyśrubowanymi normami, były odwożone do szpitala przez karetkę z powodu wyczerpania” – powiedział reporter.

Sprawa skrajnie wyczerpanych pracowników Amazona nie jest nowa, ponieważ już wcześniej pojawiały się podobne zarzuty wobec firmy z innych krajów, w których Amerykanie mają swoje magazyny. Z powodu zbyt dużego obciążenia pracą pracownicy sklepu w Niemczech i Włoszech postanowili rozpocząć strajk. Podobnie było zresztą także w polskim magazynie firmy, którego pracownicy narzekali na dokładnie takie same warunki pracy – prowadzące ich do skrajnego wyczerpania. Nie inaczej jest w przypadku brytyjskim.

„Jeśli ktoś zapyta, dlaczego wśród pracowników jest taka wysoka rotacja, to jednym z najważniejszych powodów jest to, że oni zabijają ludzi. Wszyscy moi znajomi twierdzą, że są wyczerpani i niemalże nieżywi” – powiedział jeden z pracowników firmy w Wielkiej Brytanii.

Jednak przedstawiciele firmy odpierają zarzuty twierdząc, że „Amazon jest firmą zapewniającą bezpieczne i pozytywne warunki pracy, a także godziwą zapłatę i dodatkowe korzyści. Jak każda firma na świecie oczekuje od pracowników wykonywania pracy na pewnym, określonym poziomie. Cele są określane na podstawie poprzednich osiągnięć każdego pracownika”.

Reporter, który udał się do firmy, powiedział, że innym problemem dla pracowników jest brak dostępu do światła słonecznego. W halach firmy nie ma okien więc pracownicy nie wiedzą, jaka jest pogoda, a nawet nie są świadomi tego, czy jest dzień, czy noc.

„Daily Mail” opisuje też sytuację, w której jeden z pracowników zemdlał i został odwieziony przez karetkę do szpitala. Innej pracownicy medycy musieli udzielić pomocy po tym, jak dostała ataku paniki, gdy dowiedziała się, że w tydzień przed świętami musi pracować 55 godzin.

Źródło: PolishExpress.co.uk
https://wolnemedia.net/przepracowani-pracownicy-amazona-trafiaja-do-szpitala/
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
WZBG




Dołączył: 05 Paź 2008
Posty: 3597
Post zebrał 0.00 mBTC

PostWysłany: 20:43, 28 Lis '17    Pojedynczy post Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Cytat:
"NYT": Trump zapłacił 1,3 mln dol. w ramach ugody ws. polskich pracowników 28.11.2017 PAP

Odtajnione właśnie dokumenty sądowe pokazują, że w 1998 roku Donald Trump zapłacił 1,3 mln dol., zawierając ugodę w sporze sądowym związanym z zatrudnianiem Polaków przy rozbiórce gmachu Bonwit Teller w Nowym Jorku – pisze we wtorek „New York Times”.

Gazeta akcentuje, że sam Trump wielokrotnie twierdził, iż nigdy nie idzie na ugodę.

Obecnie na miejscu Bonwit Teller, na Piątej Avenue, stoi 58-kondygnacyjna Trump Tower. W 1980 r. Trump zatrudnił do rozbiórki Bonwit Teller „ekipę 200 nieudokumentowanych polskich robotników, którzy pracowali na 12-godzinnych zmianach, bez rękawic, kasków ochronnych czy masek” – pisze „NYT”. Gazeta odnotowuje, że pracownikom tym płacono „mniej niż 4 USD za godzinę za ich niebezpieczną pracę, mniej niż połowę stawki związkowej, o ile w ogóle płacono”.

„NYT” podaje, że przez prawie 20 lat warunki ugody pozostawały tajemnicą. Jednak w zeszłym tygodniu sędzia Loretta A. Preska zdecydowała o ich odtajnieniu na wniosek Time Inc. i organizacji Reporters Committee for Freedom of the Press, złożony w 2016 r. Sędzia uznała, że opinia publiczna ma prawo poznać warunki ugody, tym bardziej że chodzi o sprawę z udziałem „obecnego prezydenta USA”.

Według dziennika dokumenty pokazują, że Trump zapłacił łącznie 1,375 miliona dolarów w ramach ugody.

„NYT” pisze, że do rozbiórki Bonwit Teller Trump zatrudnił „niedoświadczonego” wykonawcę Williama Kaszyckiego z firmy Kaszycki and Sons. Kaszycki specjalizował się w myciu okien i sprzątaniu w firmach.
Rozbiórka Bonwit Teller zaczęła się w styczniu 1980 roku. „Była to ciężka, brudna praca – rozkuwanie betonowych posadzek, wyrywanie kabli instalacji elektrycznej i cięcie rur, w chmurach kurzu i azbestu” – opisuje „NYT”.

Gazeta pisze następnie, że mniejsza grupa pracowników zrzeszonych w związku zawodowym, którym płacono o wiele więcej niż Polakom, często kpiła z polskich robotników. Zeznał tak Adam Morawiec, jeden z polskich pracowników.

„NYT” przypomina, że w 1998 r. pracę przy rozbiórce opisał tej gazecie Wojciech Kozak. „Pracowaliśmy w ohydnych, strasznych warunkach. Byliśmy przestraszonymi nielegalnymi imigrantami i nie wiedzieliśmy wystarczająco dużo o naszych prawach” - mówił. „NYT” informuje, że obecnie 75-letni Kozak mówi posługując się specjalnym urządzeniem, ponieważ przeszedł tracheotomię z powodu raka.

Gazeta pisze, że Kozak wciąż pamięta tamtą pracę. Pamięta też, że widział tam Trumpa w 1980 roku. „Pracowaliśmy po 12-16 godzin dziennie i płacono nam po 4 dolary za godzinę – powiedział. – Ja, ponieważ pracowałem z palnikiem acetylenowym, dostawałem 5 dolarów za godzinę. Pracowaliśmy bez masek. Nikt nie wiedział, czym był azbest. Byłem imigrantem. Pracowałem bardzo ciężko”.

„NYT” odnotowuje, że kiedy Kaszycki przestał płacić tym pracownikom, zwrócili się oni do prawnika Johna Szabo. Ten prawnik skontaktował się z wiceprezesem Trump Organization, Thomasem Macarim grożąc, konsekwencjami prawno-finansowymi (roszczeniami do nieruchomości), jeśli robotnicy nie otrzymają zapłaty. Macari zaczął osobiście płacić pracownikom w gotówce. Według „NYT”, powołującego się na zeznania Josepha Dabrowskiego, Trump pojawił się na miejscu rozbiórki, powiedział, że to on jest szefem i że zapłaci za terminowe ukończenie prac.

Wciąż były jednak problemy i Szabo wystąpił do sądu o zastaw. Skłoniło to Trumpa do zwrócenia się o pomoc do Daniela Sullivana, konsultanta w sprawach pracowniczych. Sullivan zeznał później, że Trump powiedział, iż „miał trochę nielegalnych polskich pracowników.

„NYT” odnotowuje, że Trump zeznał, iż nie przypomina sobie, żeby pracowali tam „nieudokumentowani polscy robotnicy” czy żeby podpisywał dla tej ekipy czeki z wynagrodzeniami. Według Szabo, Trump polecił swojemu prawnikowi, by zadzwonił do niego z groźbą zgłoszenia sprawy do służby imigracyjnej, aby Polacy zostali deportowani.

Szabo nakłonił resort pracy do pozwu ws. wynagrodzeń i ostatecznie uzyskał orzeczenie nakazujące Kaszyckiemu wypłatę 254 tys. dolarów.

Później była jeszcze kwestia niepłacenia składek na związkowy fundusz socjalny za polskich pracowników. Sędzia orzekł, że Trump był z prawnego punktu widzenia pracodawcą Polaków, składane były odwołania i przed rozpoczęciem drugiego procesu w 1998 roku Trump zawarł ugodę.
http://forsal.pl/swiat/usa/artykuly/1088.....nikow.html
_________________
Dzieje się krzywda dokonywana przez jednych na drugich.
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
WZBG




Dołączył: 05 Paź 2008
Posty: 3597
Post zebrał 0.00 mBTC

PostWysłany: 14:04, 29 Lis '17    Pojedynczy post Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Cytat:
Nie tylko Kobe Steel oszukiwała z jakością 29.11.2017

www.toray.com Piotr Rudzki

Kolejna japońska firma, Toray Industries ujawniła 149 przypadków fałszowania danych o jakości swych wyrobów w ciągu 8 lat.

Największy na świecie producent materiałów kompozytowych z włókna węglowego poinformował, że oszustwo dotyczyło m.in. kordu wzmacniającego opony sprzedawanego 13 klientom przez Toray Hybrid Cord. Trwa szersze postępowanie wyjaśniające, czy do nadużyć doszło w całej grupie.

Toray nie podała nazwy żadnego z klientów, którzy mogli ucierpieć, ale wykluczyła Boeinga, któremu dostarcza dużo włókna węglowego stosowanego przy produkcji samolotów cywilnych, oraz Fast Retailing, której firma-córka Uniqlo używa jej wyrobów do produkcji odzieży marki Heattech.

Coraz więcej japońskich firm jest pod opresją, by ujawniały niedociągnięcia w informacjach o jakości swych wyrobów po wykryciu długoterminowego fałszowania danych o jakości przez Kobe Steel. Toray podała, że jej filia zorientowała się o problemie w lipcu 2016, firma matka dowiedziała się o nim w październiku. Postanowiła ujawnić oszustwo po pojawieniu się w listopadzie pogłosek na ten temat w anonimowym wpisie online.

— Nie doszło do naruszenia prawa ani problemów bezpieczeństwa. Była to sprawa między nami i naszymi klientami, nie było więc konieczności ujawniania tego — oświadczył na konferencji prasowej szef Toray, Akihiro Nikkaku. Dodał, że wpis w internecie zmusił firmę do przedstawienia właściwych wyjaśnień zanim rozejdą się plotki i gdyby nawet do podobnych przypadków doszło w przyszłości, to firma nie będzie ich ogłaszać publicznie.

Takie wypowiedzi mogą zwiększyć zaniepokojenie dotyczące zarządzania japońskimi firmami i ich zaangażowania w wykorzenianiu oszustw.

W ubiegłym tygodniu Mitsubishhi Materials, filia jednego z największych japońskich konglomeratów Mitsubishi, producent wyrobów z cementu, miedzi i aluminium przyznał się i przeprosił za wysyłanie do prawie 300 firm lotniczych, samochodowych i energetycznych fałszywych danych o jakości; mógł to robić przez wiele miesięcy po wykryciu tego procederu. Wcześniej Kobe Steel podrasowywała dane o jakości swych wyrobów ze stali i aluminium dla prawie 500 klientów na świecie. W Nissanie i Subaru nie przestrzegano z kolei japońskich przepisów o końcowej kontroli technicznej pojazdów przeznaczonych na rynek wewnętrzny.

Wszystkie te przypadki mogą bardzo zaszkodzić zaufaniu do japońskich firm przemysłowych w czasie rosnącej konkurencji ze strony Chin i Korei.

Toray nie należy do najbardziej znanych na świecie japońskich marek, ale jej odporne i lekkie materiały z włókna węglowego są wykorzystywane do produkcji samolotów B777 i B787. Obecnie firma powiadamia swych klientów o fałszowaniu informacji, nie otrzymała od nich reakcji dotyczących osiągów i bezpieczeństwa wyrobów z jej włóknami używanymi do wzmacniania opon i w innych wyrębach przemysłowych. Większość jej klientów jest z Japonii, a jeden z Korei.

Do fałszowania informacji doprowadziło dwóch kierowników kontroli jakości, bo zależało im na wykonaniu planu dostaw. Obaj zostali przeniesieni na inne stanowiska. Sprawę wykryto podczas wewnętrznej kontroli, podjęto własne śledztwo, które zdaniem szefa firmy powinno zakończyć się do marca. Łączne obroty osiągnięte z tych 149 przypadków wyniosły 150 mln jenów (1,35 mln dolarów) i nie będą mieć dużego wpływu na zysk — zapewnił A. Nikkaku.
http://www.rp.pl/Surowce-i-Chemia/171128.....oscia.html
_________________
Dzieje się krzywda dokonywana przez jednych na drugich.
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
WZBG




Dołączył: 05 Paź 2008
Posty: 3597
Post zebrał 0.00 mBTC

PostWysłany: 16:45, 30 Lis '17    Pojedynczy post Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Cytat:
Za granicą wybierasz płatność w złotych? Prawie zawsze przepłacasz 2017-11-30 Michał Kisiel

Korzystający z kart płatniczych za granicą nierzadko spotykają się z możliwością wybrania waluty. Zdaniem Europejskiej Organizacji Konsumentów, usługa dynamicznej wymiany (DCC) przynosi klientom raczej straty niż korzyści. Instytucja wzywa do wprowadzenia zakazu jej stosowania w terminalach i bankomatach.

Niemal każdy, kto zdecydował się na płacenie kartą za granicą lub chciał podczas wyjazdu wypłacić pieniądze w bankomacie, spotkał się od czasu do czasu z dodatkowym krokiem w transakcji. Urządzenie wyświetla zapytanie o to, czy chcemy dokonać operacji w lokalnej walucie czy w złotych. Usługa ta nazywana jest Dynamic Currency Conversion (DCC) i polega na przeliczeniu przez podmiot, który ją dostarcza (np. agenta obsługującego placówkę handlową) kwoty transakcji na walutę, w której rozliczana jest karta.

(YAY Foto)

DCC wzięła pod lupę organizacja BEUC (The European Consumer Organisation), która opublikowała w listopadzie raport analizujący sposób, w jaki dostarcza się tego rodzaju usługę oraz korzyści wynikające z wyboru opcji dla konsumentów. Z przeprowadzonych badań wynika, że niemal zawsze przeliczenie na walutę płatnika dokonane od razu podczas transakcji jest niekorzystne.

Konsumenci wybierają gorszą opcję

W dokumencie przytoczono dane zbierane przez organizacje konsumenckie w kilku europejskich krajach. Przykładowo fundacja Stiftung Warentest w Niemczech porównała koszty transakcji dokonanych z użyciem DCC i bez tej opcji w 13 krajach spoza strefy euro. We wszystkich przypadkach niemiecki klient straciłby na natychmiastowej wymianie – kwota obciążająca rachunek była wyższa od 2,6 proc. do 12 proc., a najwyższe koszty odnotowano w bankomatach w Czechach, Polsce i na Węgrzech.

Podobne wyniki przyniósł test przeprowadzony przez norweski bank centralny, w którym próbę stanowiło 1500 transakcji dokonanych za granicą. Tylko w 4 przypadkach wypłaty dokonane po przeliczeniu operacji na koronę norweską były tańsze, niż gdyby nie wybrano opcji DCC. Średnio użyty kurs był o 7,6 proc. wyższy niż używany przez organizację Visa.

Jak wskazuje BEUC, zaoferowanie DCC leży w interesie sprzedawcy lub operatora bankomatu, do których trafia dodatkowa prowizja od dostawcy usługi wymiany walut. Konsumenci z kolei nie są w stanie z wyprzedzeniem oszacować opłacalności takiego rozwiązania, a podczas wypłaty lub płatności w kasie nie dysponują odpowiednim czasem do namysłu i danymi do przeprowadzenia porównania. W takiej sytuacji, czasem obawiając się także wahań kursu w kolejnych dniach do rozliczenia operacji, decydują się często na wybór kwoty w znajomej krajowej walucie.

Brakuje przejrzystości

Organizacja zwraca także uwagę, że sprzedawcy nierzadko nie respektują zapisów dyrektywy o usługach płatniczych, która wymaga podania wszystkich kosztów i używanego przelicznika przed dokonaniem transakcji. Wyboru nie ułatwia także brak standardów w prezentowaniu opcji w urządzeniach – terminalach POS i bankomatach. Czasem usługa DCC podsuwana jest jako wybór domyślny, a opis sugeruje brak prowizji za wymianę, podczas gdy jest ona ukryta w kursie stosowanym do przeliczenia operacji.

(BEUC)

W marcu 2017 r. na problem przejrzystości usług DCC uwagę zwróciła Komisja Europejska, ujmując to zagadnienie w planie działań w obszarze rynku usług finansowych. Komisja wskazała, że przeanalizuje problem i zaproponuje środki, które mogłyby pomóc konsumentom w podejmowaniu bardziej świadomych decyzji podczas zagranicznych transakcji.

BEUC wzywa do znacznie bardziej radykalnych działań. Zdaniem organizacji jedynym sensownym rozwiązaniem jest zakaz oferowania DCC w Unii Europejskiej. „Dowody wskazują, że cena płacona za tę usługę jest zbyt wysoka. Wszystkie instytucje chroniące interesu konsumenta są jednomyślne: klienci nigdy nie powinni korzystać z tej opcji. Dziś tylko regularnie podróżujący są świadomi tego oszustwa. Inni, wyjeżdżający okazjonalnie do krajów, w których nie używa się ich lokalnej waluty nie znają DCC i padają ofiarą tej praktyki” – czytamy w raporcie.
Organizacja proponuje, by zakaz został wprowadzony przy okazji zbliżającej się nowelizacji regulacji dotyczących płatności transgranicznych, a zatem na początku 2018 r.

Michał Kisiel
https://www.bankier.pl/wiadomosc/Za-gran.....59138.html
_________________
Dzieje się krzywda dokonywana przez jednych na drugich.
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Bimi
Site Admin



Dołączył: 20 Sie 2005
Posty: 18858
Post zebrał 0.00 mBTC

PostWysłany: 17:35, 30 Lis '17    Pojedynczy post Temat postu: Odpowiedz z cytatem

paypal robi jeszcze gorsze przekręty.
jak się np. kupuje coś na ebay.co.uk - płacąc kartą wydaną przez polski bank, choćby była walutowa i tak chuje obciążą ją w PLN.

kiedyś się im jeszcze na to żaliłem, ale teraz już się z chujami nie przekomarzam.
płacę w takiej walucie w jakiej mi każą, a potem dzwonię do banku i składam reklamację że obciążyli mi kartę w PLN, gdy cena produktu za który płaciłem była podana w GBP... maks dwa tygodnie i mam różnicę na koncie.
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email Odwiedź stronę autora
WZBG




Dołączył: 05 Paź 2008
Posty: 3597
Post zebrał 0.00 mBTC

PostWysłany: 12:47, 01 Gru '17    Pojedynczy post Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Cytat:
Wielkie zmiany w polskim Allianzie. Dotkną 2,5 tys. osób 01.12.2017 Business Insider Polska

Pracowników Allianz czekają zmiany Foto: Shutterstock

Allianz szykuje rewolucje dla pracowników. Zmienia warunki pracownikom. Konsekwencje odczuć ma ok. 2,5 tys. osób – pisze w piątek "Puls Biznesu".

Gazeta donosi, że Allianz w "pośpiechu burzy strukturę sprzedaży, którą budowało w Polsce przez ostatnich 20 lat". Do końca roku wypowiedzenie ma dostać 2,5 tys. osób.

Zmiany najbardziej dotkną 170 agentów menadżerów. Otrzymywali oni pensję za zarządzanie placówkami sprzedaży. Dostawali prowizje, liczone od polis sprzedawanych przez agentów, którzy byli pod ich opieką.

Teraz, jak pisze "PB", ma to się zmienić. Po otrzymaniu wypowiedzeń – za porozumieniem stron – będą mogli podpisać nowe umowy, na nowych warunkach, ale już bezpośrednio z ubezpieczycielem.

Pracownicy nie ukrywają rozżalenia. — Pracowaliśmy pełną parą, rekrutowaliśmy i szkoliliśmy sprzedawców. Mówiono nam, że jesteśmy ważni dla firmy. Wierzyliśmy w Allianz do tego stopnia, że robiliśmy sobie złote broszki z logo marki i nosiliśmy je na piersi. Po blisko 20 latach zostajemy z niczym — mówi anonimowy informator w rozmowie z "PB".
https://businessinsider.com.pl/firmy/zar.....ow/7degtl6
_________________
Dzieje się krzywda dokonywana przez jednych na drugich.
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
WZBG




Dołączył: 05 Paź 2008
Posty: 3597
Post zebrał 0.00 mBTC

PostWysłany: 03:09, 07 Gru '17    Pojedynczy post Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Cytat:
Metka nas oszukuje. 100 proc. bawełny to czasami zwykłe kłamstwo 6.12.2017 PAP

Ubrania źródło: ShutterStock

Pogarsza się jakość i oznakowanie sprzedawanych ubrań – to wnioski z kontroli składu surowcowego m.in. odzieży, obrusów czy ścierek, które Inspekcja Handlowa przeprowadziła w całej Polsce - poinformował w środowym komunikacie Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów.

Kontrolerzy zakwestionowali 34 proc. produktów, stwierdzono też wiele przekłamań w informacjach o składzie surowcowym ubrań. Uchybień było znacznie więcej niż rok wcześniej, gdy IH zakwestionowała 26,5 proc. badanych ubrań i innych wyrobów.

Najwięcej – ponad połowę – nieprawidłowości kontrolerzy znaleźli w produktach sprowadzonych spoza UE.

Inspekcja sprawdziła 361 przedsiębiorców: producentów, importerów, przedsiębiorców sprowadzających towar z UE, hurtownie i sklepy. Typowała ich losowo lub na podstawie wcześniejszych nieprawidłowości.

Kontrolerzy zbadali 2 tys. 135 partii odzieży dla dzieci i dorosłych, a także obrusów i ścierek i wykryli nieprawidłowości, m.in. nieprawdziwe informacje na metkach, np. o wymiarach, użytych materiałach czy właściwościach.

Jako przykład kontrolerzy podali sprzedawcę, który zapewniał na etykiecie, że bluza uszyta jest w 100 proc. z bawełny. Badania laboratoryjne wykazały, że bawełny jest w niej ponad 50 proc., reszta to poliester. Inny przedsiębiorca sprzedawał koszulę męską, która miała być wykonana w 65 proc. z bawełny, a w 35 proc. z poliestru, a było odwrotnie.

Większość przedsiębiorców dobrowolnie zastosowała się do zaleceń. IH nałożyła siedem mandatów karnych, przedstawiła 26 żądań usunięcia nieprawidłowości i wysłała 212 wystąpień pokontrolnych do dostawców.
http://forsal.pl/biznes/handel/artykuly/.....mstwo.html
_________________
Dzieje się krzywda dokonywana przez jednych na drugich.
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
WZBG




Dołączył: 05 Paź 2008
Posty: 3597
Post zebrał 0.00 mBTC

PostWysłany: 14:46, 09 Gru '17    Pojedynczy post Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Cytat:
Państwowa Inspekcja Pracy: Przy pierwszej kontroli nieprawidłowości są niemal w każdym zakładzie pracy 7.12.2017 PAP

podatki, praca źródło: ShutterStock

W niemal każdym z ponad 10 tys. zakładów pracy skontrolowanych w ubiegłym roku w ramach tzw. pierwszej kontroli wykazano nieprawidłowości - poinformowała w sprawozdaniu Państwowa Inspekcja Pracy. Uchybienia dotyczą legalności zatrudnienia, prawa pracy i przepisów BHP.

W czwartek sejmowa komisja do spraw kontroli państwowej zajęła się sprawozdaniem PIP z tzw. pierwszych kontroli, które od marca ubiegłego roku objęły średnie, małe i mikro firmy, wcześniej niekontrolowane przez PIP. Kontrole, prowadzone w formie audytu i instruktażu co do zasady nie są zagrożone sankcjami. Mandaty i kierowanie spraw do sądu inspekcja stosuje tylko w przypadku szczególnie rażących nieprawidłowości. Do końca 2016 roku inspektorzy pracy przeprowadzili 10 tys. takich kontroli.

Inspektorzy PIP skontrolowali 50 tys. pracowników z 9,2 tys. firm pod kątem legalności zatrudnienia. Nieprawidłowości wykazano podczas 2,5 tys. kontroli. Najczęściej była to praca bez podpisanej umowy, brak zgłoszenia pracownika do ubezpieczenia społecznego i brak powiadomienia urzędu pracy o rozpoczęciu zatrudnienia.

W ponad 13 proc. kontrolowanych zakładów inspektorzy stwierdzili brak prowadzenia ewidencji czasu pracy, zaś 17 proc. zakładów prowadziło ją nieprawidłowo lub nierzetelnie, tak, że nie można było sprawdzić, czy wynagrodzenia były tam wypłacane zgodnie z czasem pracy.

"Pomimo tych trudności ustalono, że ponad 14 proc. pracodawców nie wypłaciło wynagrodzeń za godziny nadliczbowe, a 3 proc. wypłaciło je w nieprawidłowej wysokości" - powiedział dyrektor departamentu nadzoru i kontroli PIP Jakub Chojnicki. Jak dodał, w ponad 9 proc. zakładów wynagrodzenie wypłacane było nieterminowo. Inspektorzy pracy wydali 550 decyzji nakazujących wypłatę zaległych wynagrodzeń na kwotę ponad 2,9 mln zł.

Duże nieprawidłowości stwierdzono m.in w zakresie szkoleń BHP. Jak poinformował Chojnicki 19 proc. pracowników w kontrolowanych firmach nie miało szkolenia wstępnego BHP, a prawie 25 proc. pracowników nie miało szkoleń okresowych. PIP miała także zastrzeżenia co do terminowości i jakości prowadzonych szkoleń. Natomiast 15 proc. pracowników nie miało profilaktycznych badań lekarskich stwierdzających zdolność do pracy.

Jak podkreślono w sprawozdaniu, powszechną nieprawidłowością było nieprzestrzeganie "kwestii oceny i dokumentowania ryzyka zawodowego". W tym wypadku nieprawidłowości stwierdzono w blisko co drugim zakładzie pracy, zaś w co trzecim nie było takiej dokumentacji. W 16 proc. ocen inspektorzy stwierdzili natomiast błędy skutkujące tym, że pracownicy nie byli informowani o zagrożeniach występujących w pracy.

Kontrole wykazały również, że blisko 6 tys. pracowników nie otrzymało od swoich pracodawców obuwia i odzieży ochronnej, zaś 3,2 tys. pracownikom nie zapewniono wymaganych środków ochrony indywidualnej. Dodatkowo w 44 proc. kontrolowanych przedsiębiorstw nie opracowano wykazu prac szczególnie niebezpiecznych.

Jak zaznaczył Chojnicki, "u niemal co czwartego kontrolowanego przedsiębiorcy stwierdzono nieprawidłowości dotyczące stanu technicznego maszyn i urządzeń. Co 10 taka maszyna była niebezpieczna dla użytkownika".

W 2017 roku inspektorzy PIP rozpoczęli kontrole sprawdzające zakładów skontrolowanych rok wcześniej. Poinformowano, że do tej pory przeprowadzono 3,2 tys. kontroli. Jak oceniła PIP w 42 proc. tych kontroli poprawa okazała się "trwała i zadowalająca".

"W pozostałych 60 proc. zakładów kontrole zakończyły się wykazaniem nieprawidłowości" - zaznaczył Chojnicki. Jak dodał, w niektórych przypadkach nie nastąpiła poprawa, w innych pojawiły się nowe uchybienia.
http://forsal.pl/praca/aktualnosci/artyk.....pracy.html


Cytat:
Zatrzymano byłego prezesa spółki deweloperskiej podejrzanego o wyłudzenie 17 mln zł 7.12.2017 PAP

Policjant w trakcie zatrzymania źródło: ShutterStock

Krakowscy policjanci zatrzymali byłego prezesa spółki deweloperskiej podejrzanego o wyłudzenie ponad 17 mln złotych na szkodę jednego z banków oraz 35 niedoszłych nabywców mieszkań – poinformował w czwartek rzecznik małopolskiej policji Sebastian Gleń.

W śledztwie nadzorowanym przez Prokuraturę Okręgową w Krakowie, które toczy się od 2011 r. zarzuty usłyszało do tej pory około 80 osób. Śledczy cały czas poszukiwali jednak głównego organizatora przestępczego procederu, który początkowo ukrywał się za granicą. "51-letni mężczyzna został zatrzymany pod koniec listopada na terenie woj. mazowieckiego" - poinformował Gleń.

Prokurator prowadzący sprawę przedstawił zatrzymanemu ponad 60 zarzutów, w tym zarzuty oszustwa, przywłaszczenia pieniędzy oraz działania na szkodę spółki. W śledztwie ustalono, że wyprowadził on z prowadzonej spółki prawie 7 mln zł. Sąd zdecydował o zastosowaniu wobec mężczyzny trzymiesięcznego aresztu.

We wrześniu 2007 r. mieszkaniec Podkarpacia rozpoczął budowę osiedla mieszkaniowego w jednej z miejscowości koło Krakowa. Cena oferowanych lokali była atrakcyjna, więc do inwestora zaczęli zgłaszać się pierwsi klienci. Każdy z przyszłych właścicieli mieszkań, decydując się na zakup mieszkania, podejmował jednocześnie decyzję o zaciągnięciu na ten cel bankowego hipotecznego kredytu mieszkaniowego, z którego pieniądze ostatecznie trafiały na konto spółki dewelopera.

Od września 2007 r. do września 2009 r. deweloperowi udało się sprzedać 26 przyszłych mieszkań z ogólnej liczby ponad 70-ciu planowanych do wybudowania. Kupiło je 35 osób. Klienci na konto firmy deweloperskiej przelali łącznie ok. 7 mln zł z tytułu uzyskanych kredytów bankowych. "Osoby te nie zdawały sobie sprawy z tego, że – wbrew zapewnieniom dewelopera - nowa inwestycja nie cieszy się zainteresowaniem potencjalnych klientów. Deweloper, przewidując kłopoty w finansowaniu budowy, wszedł w porozumienie z innymi osobami, które przy jego udziale i na jego zlecenie już w grudniu 2007 r. zaczęły tworzyć siatkę podstawionych, rzekomych klientów. Osoby te w oparciu o fikcyjne zaświadczenia o swoim zatrudnieniu bądź zawyżonej wysokości zarobków, uzyskiwały następnie kredyty hipoteczne z których pieniądze przelewane były na konto dewelopera" – podał Gleń.

Jak wynika z ustaleń prowadzących śledztwo, za "stanie się klientem" i pozyskanie kredytu, zainteresowani otrzymywali od kilku do kilkunastu tysięcy zł, a deweloper zapewniał ich, że zaciągnięte przez nich kredyty będą przez niego spłacane. Zaświadczenia o zatrudnieniu były fałszowane albo wystawiane przez wciągniętych do współpracy pracodawców. Rolą współpracującego z deweloperem pośrednika finansowego było pilotowanie wniosków kredytowych rzekomych klientów i czuwanie nad zapewnieniem przed bankiem ich rzekomej wiarygodności finansowej. W ten sposób do sierpnia 2009 na rzecz dewelopera zostało wyłudzonych ponad 30 kredytów na kwotę ponad 10 mln zł.

Deweloper nie przekazywał w całości uzyskanych kwot na inwestycję, choć jednocześnie nie przerwał budowy. Ostatecznie generalny wykonawca wiosną 2009 r. zszedł z placu budowy i zaprzestał prac. Dalszy postęp inwestycji był już tylko markowany przez developera dorywczymi pracami wykonywanymi przez okazjonalnych pracowników.

W 2011 r. sprawą zajęły się organy ścigania. Zatrzymani zostali główni wspólnicy developera, a prokuratura postawiła zarzuty około 80 osobom, w tym podstawionym klientom oraz przedsiębiorcom poświadczającym nieprawdę w dokumentach o ich zatrudnieniu. Usłyszeli oni zarzuty oszustwa, przedkładania w banku fałszywych dokumentów kredytowych, a także poświadczenia nieprawdy w dokumentach. Zarzuty prokuratorskie usłyszał również 60-letni główny księgowy firmy, któremu udowodniono udział w sporządzaniu szeregu fałszywych dokumentów dla potrzeb pozyskiwania "lewych" kredytów.
http://forsal.pl/biznes/handel/artykuly/.....ln-zl.html
_________________
Dzieje się krzywda dokonywana przez jednych na drugich.
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
WZBG




Dołączył: 05 Paź 2008
Posty: 3597
Post zebrał 0.00 mBTC

PostWysłany: 22:13, 09 Gru '17    Pojedynczy post Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Cytat:
InPost sprzedał spółkę z pracownikami. Teraz chce im dać po... tysiąc złotych 09.12.2017 Marcin Lis

EAST NEWS

Rafała Brzoskę gryzie sumienie? Milioner przez należącą do niego spółkę InPost zamierza rozdać swoim ekspracownikom zatrudnionym w spółce Bezpieczny List po tysiąc złotych. Wbrew pozorom to nie prezent na święta, ale raczej próba spłacenia starych długów.

Cała sprawa zaczęła się w lipcu ubiegłego roku, gdy InPost za dziesięć tysięcy złotych sprzedał zatrudniającą ponad tysiąc osób spółkę Bezpieczny List. Nabywcą była firma... handlująca żywnością Tenes One. Wiele osób twierdziło jednak, że to tylko podstawiony podmiot. Miał on pomóc pozbyć się długu InPostu wobec pracowników.

Dwa miesiące później Bezpieczny List był znacząco zadłużony i nowy właściciel "pozbył się" firmy. Za 5 tysięcy złotych przejęła ją zarejestrowana na Cyprze spółka.

Sposób na uniknięcie wypłat

Od chwili rozpoczęcia cyklu opisanych transakcji pracownicy Bezpiecznego Listu przestali otrzymywać wynagrodzenia. Sprawą zainteresowała się Państwowa Inspekcja Pracy. W rozmowie z "Rzeczpospolitą" przeprowadzonej w listopadzie 2016 roku główny inspektor pracy przyznał, że praktyka sprzedaży spółek celem uniknięcia obowiązku wypłat wynagrodzeń, dotyczy nawet kilkunastu przedsiębiorstw każdego roku.

Część listonoszy pozwała swojego byłego pracodawcę, inni próbowali wynegocjować zaległe wypłaty. Jak donosi "Gazeta Wyborcza", o sprawie przypomnieli sobie właściciele firmy. Fundacja InPost skierowała do byłych pracowników Bezpiecznego Listu pisma, z których wynika, że każdy z nich będzie mógł otrzymać jednorazowe darowizny w wysokości... tysiąca złotych.

Środki są jednak obwarowane dwoma warunkami. Po pierwsze, na pieniądze mogą liczyć jedynie osoby, które 8 sierpnia 2016 r. były pracownikami Bezpiecznego listu. Po drugie tysiąc złotych ma zostać przeznaczony "na dowolny cel edukacyjny i rozwojowy".

Po pieniądze zgłaszać można się do końca stycznia przyszłego roku. Ich wypłata nastąpi już wiosną 2018.

"Z naszej strony z całą stanowczością zapewniamy, że niezależnie od powyższego, nadal za swój priorytet uważamy uregulowania wszelkich kwestii formalnych" - czytamy w piśmie.

Tysiąc zamiast zaległych wypłat

Oferowany tysiąc złotych jest znacząco niższą kwotą aniżeli zaległe pensje i odprawy, których domagają się przed sądami byli pracownicy. Niektórzy z nich żądają także uznania, iż byli zatrudniani w oparciu o Kodeks pracy, choć z pracodawcą mieli zawarte umowy cywilnoprawne.

Przypomnijmy, że właścicielem firmy jest Rafał Brzoska. To twórca nie tylko InPostu, który próbował walczyć o rynek listów z Pocztą Polską, ale także Paczkomatów. Brzoska za sprzedaż Bezpiecznego Listu był wielokrotnie krytykowany. Sam jednak nie miał sobie nic do zarzucenia.

Właściciel InPostu tłumaczył rok temu, że choć poprosi kupującego o wyjaśnienia, to on ze swoimi byłymi pracownikami nie ma już nic wspólnego. Stanowczo zaprzeczał też informacjom jakoby specjalnie sprzedał Bezpieczny List do spółki-krzak.

Brzoska, choć jest założycielem i prezesem InPostu, to nie jest już jego pełnym właścicielem. W związku z problemami finansowymi musiał odsprzedać część udziałów funduszowi Advent International.
https://www.money.pl/gospodarka/wiadomos.....93226.html
http://superbiz.se.pl/wiadomosci-biz/ska.....31421.html
_________________
Dzieje się krzywda dokonywana przez jednych na drugich.
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
WZBG




Dołączył: 05 Paź 2008
Posty: 3597
Post zebrał 0.00 mBTC

PostWysłany: 15:02, 10 Gru '17    Pojedynczy post Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Cytat:
Samosąd z bezsilności. Oszukani przez Exeos Cars postanowili sami wymierzyć sprawiedliwość 10.12.2017 MAGAZYN DGP

Exeos Cars oferowała „innowacyjny” model współfinansowania zakupu auta na kredyt. źródło: ShutterStock

Prokuratura oraz policja wyjątkowo ślamazarnie zajmowały się sprawą osób oszukanych przez Exeos Cars. Dlatego ofiary postanowiły same wymierzyć sprawiedliwość

Koniec maja 2017 r., na zamkniętej grupie dyskusyjnej na Facebooku pojawiają się kolejne wpisy. „Bardzo mi się spodobał pomysł mocniejszego rozprawienia się z oszustami. Jestem chętny”. „Tylko musi nas być kilkanaście osób, żeby wszystkich wyłapać i do jednego worka”. „Ale nie można tylko lać w mordę. Trzeba przedstawić im zaświadczenia o zgłoszeniu na policji, o skierowaniu sprawy do sądu itd.”. „Od razu wszystkich trzeba spisać z dowodów, z każdego papierka, jaki mają przy sobie, bo nie wiadomo, jaki mają prawdziwy, a jaki podrobiony. Będzie potrzeba kilku chłopa, jakby w tym opór stawiali”. „Walić w łeb to tylko na osobności, bo zrobi się chryja, jak nie ma świadków”.

Trzy kominiarki i straszak

5 czerwca 2017 r., Warszawa. Kilkanaście osób pokrzywdzonych przez firmę Exeos Cars umawia się, by wymierzyć sprawiedliwość tym, którzy ich oszukali. Na miejsce zbiórki przybywa tylko trzech mężczyzn. Pozostali się wykruszyli – jednemu podobnież zachorowało dziecko, inny spóźnił się na pociąg. Ta trójka jednak nie rezygnuje. Jadą – jak przyznają później – jedynie porozmawiać z ludźmi z Exeos. No, może trochę ich nastraszyć.

Zajeżdżają golfem pod siedzibę firmy przy ul. Smolnej. Dowiadują się od ochroniarza, że ten adres to lipa. Na grupie dyskusyjnej na FB padły jeszcze trzy inne lokalizacje. Jadą na ul. Przemysłową. Pudło. Ul. Ogrodowa. Kolejne pudło. Zrezygnowani sprawdzają ostatni adres. Sukces. Przy ul. Augustówka 22 mieści się lokal handlowy Exeos. Jest godz. 10.10.

Dalej wszystko wygląda jak w filmie akcji. W biurze są dwie osoby: mężczyzna, który rozmawia przez telefon z klientem, i kobieta. Trójka intruzów doskonale kojarzy pracownika. To on obiecywał im złote góry i to przez niego – ich zdaniem – stracili pieniądze. Mężczyzna ląduje szybko na podłodze. Jeden z napastników wyciąga pojemnik z gazem pieprzowym, drugi pistolet – dopiero później się okaże, że to atrapa – i przystawia go do głowy leżącego. Pracownicy zaczynają płakać, a klienci krzyczą o oszustwie. Zabierają karty z telefonów komórkowych oraz dyski twarde komputerów. I wychodzą.

Pracownik firmy Radosław Kozioł dzwoni na policję. Ta przyjeżdża o 10.50. Trzech napastników spokojnie czeka przed budynkiem. Cieszą się na widok funkcjonariuszy, chcą im przekazać nośniki danych. Ich radość staje się mniejsza, gdy zamiast otrzymać gratulacje zostają zatrzymani. Następne kilkadziesiąt godzin spędzają na komisariacie.

Protokoły przesłuchań i notatki urzędowe potwierdzające autentyczność historii znajdują się w komisariacie policji Warszawa-Wilanów.

666 złotych

Exeos Cars oferowała „innowacyjny” model współfinansowania zakupu auta na kredyt. Na czym polegał? Osoba poszukująca pojazdu natrafiała w internecie na ofertę Exeos lub w niektórych przypadkach na komis współpracujący z tą firmą. Cena pojazdu była zawyżona, widać to było zresztą na pierwszy rzut oka – np. skoda warta 50 tys. zł, była do nabycia za 70 tys. zł. Dlaczego znajdowali się chętni? Exeos proponował zawarcie umowy sponsorskiej – obiecywał, że będzie pokrywał 666 zł miesięcznie z raty kredytu. W zamian nabywca zobowiązywał się do przejechania autem co najmniej 400 km miesięcznie. Pojazd był też oklejany reklamami sponsorów, wśród nich dominowały firmy z listy Fortune 500. Exeos oferował również – przy pomocy zaprzyjaźnionego pośrednika – pośrednictwo kredytowe. Tak, by zainteresowany człowiek nie musiał sam załatwiać w banku pożyczki. Za zawarcie umowy firma pobierała opłatę w wysokości od kilku do kilkunastu tysięcy złotych.

Czy biznes nie wydawał się podejrzany?

– Nie. Pieniądze w zamian za oklejanie samochodów to nic nowego. A kilkutysięczną opłatę tłumaczono prosto: żeby ktoś się nie wycofał w ostatniej chwili. Uwierzyłam – mówi nam jedna z pokrzywdzonych osób.

– Oferta Exeos wyglądała bardzo ciekawie i sam model biznesowy prezentował się innowacyjnie. Mieszkałem przez pięć lat we Francji i tam tego typu rozwiązania to nic nowego. Ludzie z Exeosa byli dobrze przygotowani, bardzo podobały mi się ich zapewnienia – twierdzi Andrzej Nodzyński, jeden z uczestników napaści na siedzibę spółki.

– Nie podejrzewałem, że mam do czynienia z oszustami, bo zarejestrowano na mnie samochód. Pracownik firmy chętnie odpowiadał na moje wątpliwości, miał naprawdę świetne podejście do ludzi – mówi Dariusz Różański. To właśnie jego do podpisania umowy telefonicznie zachęcał Radosław Kozioł tuż przed przystawieniem mu broni do głowy.

Chęć do odpowiadania na pytania kończyła się jednak ponoć po podpisaniu umowy i wpłaceniu opłaty początkowej. W niektórych przypadkach Exeos wywiązywał się przez 2–3 miesiące z umowy, przez co przelał od 1200 do 1800 zł. I tak się opłacało, gdyż więcej zarobił z tytułu samej opłaty początkowej. W przypadku zakupu pojazdu w zaprzyjaźnionym komisie, zysk się zwiększał o różnicę pomiędzy realną wartością auta a tą ustaloną w umowie. W części spraw właściciele samochodów nie doczekali się ani jednego przelewu. Przez co zostali z oklejonym reklamami samochodem kupionym za znacznie więcej, niż jest warty. I kredytem do spłacenia.

– Do zakupu tego konkretnego samochodu przy pomocy Exeos skusiła mnie wyłącznie umowa sponsorska, którą firma oferowała na ten pojazd – twierdzi Dariusz Różański. A kilkoro innych pokrzywdzonych, z którymi rozmawialiśmy, przytakuje. Niemal każdy przyznaje: jedynym powodem, dla którego decydowali się na wejście w biznes z Exeos, były proponowane dopłaty w zamian za zrobienie ze swojego samochodu nośnika reklamowego. – Wiedziałem, że auto było przeszacowane, ale pomyślałem, że to nie ma znaczenia, skoro firma zobowiązała się dopłacać do kredytu – potwierdza pokrzywdzony Piotr Wenta.

Większość rozmówców przyznaje, że ich czujność uśpił wzór dokumentu, który otrzymali do podpisu. Część konsultowała go z prawnikami i każdy z nich przyznawał, że w umowie nie ma żadnych kruczków, jest ona bardzo korzystna dla nabywcy. – Rzeczywiście sama umowa była bardzo korzystna dla klienta i przewidywała nawet możliwość nałożenia kar umownych na Exeos. Już sam ten fakt wskazuje, że firma od początku wiedziała, że spółka będzie wkrótce goła i wesoła. Dlatego jej przedstawicielom było zupełnie obojętne, czy ktoś będzie mógł obciążyć spółkę karami – spostrzega Oskar Możdżyn, prawnik specjalizujący się w prawie motoryzacyjnym i założyciel strony Autoprawo.pl.

Exeos jest bowiem spółką z ograniczoną odpowiedzialnością – więc odpowiada jedynie do wysokości swojego kapitału. A ten wynosi 5 tys. zł. W praktyce jeśli tylko Exeos utracił płynność finansową, klienci wpadali w tarapaty. Zostawali z samochodem, którego nie byli w stanie spłacić. Choć i tak nie wszyscy. Dariusz Różański został z kredytem, za to bez auta. – Obejrzałem samochód i podpisałem umowę. Po czym oddałem auto i dowód rejestracyjny, żeby pracownik spółki mógł załatwić ubezpieczenie. Wpłaciłem też 10 tys. zł wadium. Potem nastała cisza ze strony Exeos. Poszedłem zgłosić sprawę na policję, ale do dziś nic się w tym temacie nie zadziało – ubolewa.

Odzyskać cokolwiek od tych, którzy wpędzili ludzi w tę kabałę – nie sposób. Pracownicy spółki powoływali się na przejściowe trudności finansowe, gdy ktoś żądał wypłaty należnych mu comiesięcznie 666 zł. Do klientów 28 kwietnia 2017 r. trafiło pismo, w którym spółka poinformowała, że „na chwilę obecną ze względu na zaistniałą sytuację jest zmuszona do wstrzymania płatności dla kontrahentów wynikających z umów sponsorskich”. Jako przyczynę wskazała to, że zablokowano jej rachunek bankowy wskutek zawiadomienia do prokuratury złożonego przez jednego z klientów. Zawierania dalszych umów, w których Exeos zobowiązywał się do płacenia po kilkaset złotych miesięcznie w ramach umów sponsorskich, mimo to nie zaprzestano.

Pokrzywdzeni twierdzą jednak, że nie może być mowy o żadnych tarapatach finansowych. Od początku było to perfidnie zaplanowane oszustwo. Dowody? – Moduł GPS zainstalowany w samochodzie, który powinien rejestrować, czy spełniony jest wymóg przejechania 400 km miesięcznie, jest pusty, więc nie można nic nim sprawdzić. A reklamodawcy, których logotypy znajdowały się na pojazdach, nie mieli o sprawie pojęcia – przekonuje Grzegorz Bednarski, inicjator siłowego wejścia do lokalu przy ul. Augustówka.

Sprawdziliśmy to ostatnie. – Nie współpracowaliśmy z firmą Exeos – zapewnia Katarzyna Pilarska-Wrona z Oracle. Logo technologicznego giganta widnieje na pojazdach pokazywanych na facebookowym profilu spółki. O współpracy z tą spółką nic nie wie również rzecznik prasowy Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy Krzysztof Dobies. – Akurat logo WOŚP wzbudziło moje wątpliwości. Po co orkiestra miałaby się odpłatnie reklamować na samochodach? Ale zainteresowało mnie to już po podpisaniu umowy i wzięciu kredytu, więc było za późno – mówi jeden z pokrzywdzonych.


Co na to wszystko Exeos? Spółka nie odpowiedziała na nasze pytania. Z kolei Radosław Kozioł podkreśla, że był jedynie pracownikiem spółki i w związku z tym nie może wypowiadać się w imieniu firmy. Przypomina też, że w postępowaniu prokuratorskim to on jest osobą pokrzywdzoną. – Nigdy też nie posługiwałem się innym nazwiskiem niż swoje własne, ponieważ jest to karalne – dodaje.

Tyt, tyk... odliczaj czas

Dlaczego trójka rozczarowanych klientów najechała biuro firmy? Mężczyźni przyznają, że ich trochę poniosło. Jeden zapewnia, że poszedł tylko rozmawiać i po prostu wydarzenia wymknęły się spod kontroli wskutek krewkości kolegów. – Byłem wściekły. Inne osoby, także te, których nie było wtedy z nami, również. Dlatego postanowiliśmy znaleźć oszustów. Chcieliśmy spróbować odzyskać od nich pieniądze na własną rękę – tłumaczy Grzegorz Bednarski. I dodaje, że gdy zobaczył Kozioła, który podpisywał większość umów (w niektórych przypadkach używając fikcyjnego nazwiska Rafalski, w innych Nafalski – jak przekonują poszkodowani), rozmawiającego z kolejnym klientem, coś w nim pękło. Tym bardziej że na tablicy były wypisane nazwiska osób, które dały się już nabrać na przekręt. – To dlatego położyłem go na ziemię i wyciągnąłem atrapę broni. Domagałem się informacji, kto stoi za przedsięwzięciem – przyznaje Bednarski.

Chodziło też – czego dowodem jest wcześniejsza dyskusja za pośrednictwem FB – o zabranie dokumentów i dysków twardych. Pokrzywdzeni od kilku miesięcy próbowali swoimi problemami zainteresować prokuraturę oraz policję. Często słyszeli jednak, że sprawa nie jest oczywista i że to słowo przeciwko słowu, sama niewypłacalność zaś nie jest jeszcze karalna. Jednemu z pokrzywdzonych policjant zaproponował wręcz wprost: „Idźcie do nich i pogadajcie z nimi po swojemu. Efekt będzie lepszy niż czekać, jak my coś zrobimy”.

To często powtarzający się motyw w przypadku oszustw finansowych i piramid. W tych przypadkach najważniejszy jest czas reakcji. Pokazała to sprawa Amber Gold, gdy organy państwa wiedziały o przekręcie, ale mieliły postępowania, podczas gdy kolejni konsumenci byli oszukiwani. – A proszę mi wierzyć, nie ma nic gorszego niż zostać oszukanym i widzieć, że kanciarze bezkarnie naciągają kolejne osoby – mówiła DGP w zeszłym roku ofiara Pay Trade International Club, piramidy finansowej, którą opisaliśmy w listopadzie 2016 r. (po naszym tekście zainteresowała się nią prokuratura, a piramida upadła).

Tymczasem pokrzywdzeni przez Exeos mówią nam, że po zajściu w siedzibie firmy doświadczyli gróźb ze strony oszustów. – Powiedziano mi, że zadarłem z niewłaściwymi ludźmi i przez to spotka mnie krzywda. Wystraszyłem się. Bałem się o siebie i żonę, bo oszuści mieli moje dane i wiedzieli, gdzie mieszkam. Sąsiedzi mówili mi nawet, że podejrzani ludzie kręcili się przy moim domu – opowiada Andrzej Nodzyński. Pokazuje nam SMS o treści: „Zadarliście z bardzo nieodpowiednimi ludźmi. Wiem o tobie wszystko. Kim jesteś, gdzie pracujesz, gdzie mieszkasz, czym i gdzie jeździsz. Zachciało się gangsterki? To teraz poznasz dużo ciekawych ludzi. See you soon...”. A także fragment wiadomości: „Tyk tyk tyk... odliczaj czas... ciesz się chwilą”.

Z poważniejszymi konsekwencjami musiał zmierzyć się zaś Grzegorz Bednarski. – Dostawałem wiadomości od oszustów, że zrobią wszystko, by mnie zniszczyć. Na seksportalu umieszczono fikcyjny anons z moim zdjęciem. Tam, gdzie mieszkam, rozpowszechniano plakaty mówiące, że jestem groźnym pedofilem, i za złapanie mnie wyznaczono nagrodę pieniężną – mówi Bednarski. On również pokazuje nam jedną z wiadomości od oszustów: „10 tys. zł wydam na kolportaż plakatów. Będzie ich 50 tys. sztuk. Na każdym drzewie, płocie, murku, przy każdym sklepie, stacji benzynowej, w pobliżu każdej szkoły, kościoła. Tam, gdzie jest najwięcej ludzi, będą wisieć te plakaty. Ludzie będą cię wytykać palcami, a mam nadzieję, że trafisz też na takich, którzy nie będą chcieli rozmawiać, tylko cię za***, ty śmieciu pedofilu”.

Nikt nic nie wie

W sprawie Exeos działania służb do czerwca 2016 r. były ślamazarne. Po napaści na lokal firmy nabrały rozpędu. Wszelkie zgłoszenia pokrzywdzonych są przekierowywane do warszawskiej prokuratury. Przemysław Paluch, zastępca prokuratora rejonowego w prokuraturze Warszawa-Wola, przyznaje, że w sprawie Exeos trwa postępowanie. Z ustaleń śledczych wynika, że w ramach realizacji umowy sponsorskiej pokrzywdzeni mieli otrzymywać wynagrodzenie, jednak nie było im ono wypłacane. Nie zwrócono również opłat wstępnych (traktowanych przez firmę jako wadium).

– W sprawie występuje 10 osób posiadających status pokrzywdzonych. Ze względu na fakt gromadzenia w dalszym ciągu materiału dowodowego przedwczesne jest wypowiadanie się przez tutejszą prokuraturę co do pozostałych poczynionych ustaleń w sprawie – ucina prokurator Paluch. Ponoć materiały przekazane przez pokrzywdzonych, wśród nich pełna korespondencja e-mailowa prowadzona przez pracowników spółki, się przydały.

Sprawą zainteresował się też Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Agnieszka Majchrzak z UOKiK przyznaje, że dotychczasowe działania spółki mogą wyczerpywać znamiona czynów zabronionych, w tym przede wszystkim oszustwa z kodeksu karnego. – Zamierzamy wystąpić z zawiadomieniem do prokuratury w tej sprawie – zapewnia.

Witold Zembaczyński, poseł Nowoczesnej i członek komisji śledczej ds. wyjaśnienia przyczyn afery Amber Gold, jest jednak załamany dotychczasowymi działaniami państwowych służb. Przekonuje, że wszystko to powinno być zrobione o wiele wcześniej. I że służby powinny ze sobą współpracować. W sprawie Exeos prokuratura nie informowała ani UOKiK-u, ani Komisji Nadzoru Finansowego o prowadzonym postępowaniu. UOKiK zaś do dziś nie powiadomił o sprawie prokuratury. Każdy więc działa niezależnie od siebie. – A sprawa Amber Gold pokazuje, że państwowe organy muszą działać razem. W przeciwnym razie ucięcie oszustwa drastycznie się wydłuża – przekonuje Zembaczyński. – Wygląda na to, że od czasu tamtej afery podejście śledczych do spraw oszustw nie zmieniło się ani na jotę. I to wciąż dziennikarze działają dużo szybciej i skuteczniej niż organy śledcze. A przecież sprawa nie wydaje się być przesadnie skomplikowana jak w przypadku instrumentów parabankowych i nie potrzeba, by śledczy wspinali się na Himalaje swoich umiejętności – dodaje parlamentarzysta.

Na razie jednak główny pomysłodawca biznesu w Exeos chodzi wolno, nie ma nawet postawionych zarzutów. Exeos formalnie nadal działa, ale wszystko wskazuje na to, że działalność została zarzucona. A mózg operacji założył już kolejną firmę. Na Facebooku powstała już grupa pokrzywdzonych przez nią osób. Jej działalnością zaczyna interesować się zarówno UOKiK, jak i KNF. Choć na razie bez konkretów.

Jedyną osobą, która poniosła konsekwencje w sprawie Exeos, jest Grzegorz Bednarski. Został prawomocnie skazany przez sąd na grzywnę za najazd na lokal spółki i grożenie bronią pracownikowi. Nie żałuje.

http://forsal.pl/finanse/finanse-osobist.....iwosc.html
http://forsal.pl/finanse/finanse-osobist.....osc.html,2
http://forsal.pl/finanse/finanse-osobist.....osc.html,3
_________________
Dzieje się krzywda dokonywana przez jednych na drugich.
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
WZBG




Dołączył: 05 Paź 2008
Posty: 3597
Post zebrał 0.00 mBTC

PostWysłany: 02:35, 12 Gru '17    Pojedynczy post Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Cytat:
Bankierzy myślą, że są nowocześni, ale zachowują się jak taksówkarze [OPINIA] 11.12.2017 Dziennik Gazeta Prawna

Bitcoin cena w dolarach źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Kryptowaluty eliminują konieczność istnienia banków centralnych, redukują wpływ rządu na rynek. I ograniczają konieczność istnienia pośredników - pisze Sebastian Stodolak.

Lubią uchodzić za nowoczesnych, a na pewno na nowoczesnych wyglądać (te garnitury, te zegarki!). W reklamach swoich usług dają nam do zrozumienia, że są bezinteresownymi dobrodziejami. Oferują nam – tak twierdzą – bardzo korzystnie oprocentowane pożyczki, a nasze depozyty na ich kontach są całkowicie bezpieczne. Tak naprawdę jednak mentalność bankierów przypomina krótkowzroczną mentalność taksówkarską. Tak jak korporacyjni taksówkarze zwalczają konkurencyjnego Ubera, tak bankierzy chcą zwalczać inny przejaw rewolucji technologicznej. Kryptowaluty.

Podczas niedawnego posiedzenia sejmowej Komisji Finansów Publicznych prezes Związku Banków Polskich Krzysztof Pietraszkiewicz sugerował zakaz inwestowania w kryptowaluty. Uzasadniał ten postulat w stylu taksówkarskim, czyli przewrotnym – dbałością o interes klientów.

– Gdyby się okazało, że sytuacja idzie w złym kierunku i może doprowadzić do wielomilionowych strat naszych obywateli (...), należałoby się zastanowić nad wprowadzeniem zakazu funkcjonowania tego typu instytucji na rynku finansowym – mówił prezes ZBP.

W porządku – niektórzy traktują bitcoin jak aktywo inwestycjne, na czym mogą stracić. Jednak każda inwestycja naraża na straty. Ci, którzy kupują bitcoin, chcąc po prostu zarobić, ryzykują. Wartość bitcoina, którego kurs bije rekordy (w minionym tygodniu przekraczał 15 tys. dol.), może być faktycznie zawyżona i pęknąć w końcu niczym bańka. Ta słabość dotyczy jednak właściwie wszystkich walut. Każda bywa traktowana jak aktywo inwestycyjne i może stać się przedmiotem ataku spekulacyjnego. Nawet funt brytyjski stał się nim swego czasu. Atakującym był niejaki George Soros i zarobił na tym okrągły miliard dolarów.

Prawdziwy powód oporu bankierów wobec kryptowalut wyłożył kilka dni temu Randal K. Quarles, nominowany przez Donalda Trumpa do Rady Dyrektorów amerykańskiego banku centralnego. Stwierdził on, że kryptowaluty stanowią zagrożenie dla systemu pieniężnego i finansowego, są niewarte zaufania, niestabilne, nie mają oparcia w „żadnym zewnętrznym aktywie”, nie mają więc żadnej „wewnętrznej wartości”.

Tyle że to samo można by powiedzieć o każdej innej współczesnej walucie. Takim dolarze na przykład. Od 50 już lat nie ma on oparcia w złocie ani w żadnym innym namacalnym aktywie, funkcjonuje dzięki nakazowemu politycznemu „niech się stanie” i nieustannie traci siłę nabywczą. „Wartości wewnętrznej” też nie ma.

Istnieje jednak jedna zasadnicza różnica między kryptowalutami a dolarem, złotym czy juanem. Te pierwsze nie podlegają kontroli żadnego rządu i wpływom banku centralnego. Nie można ich „dodrukować”, by spłacać długi skarbowe. Strażnikiem ich podaży jest zupełnie apolityczny algorytm, wedle którego zostały zaprogramowane, a gwarantem bezpiecznego funkcjonowania jest technologia rozproszonego rejestru księgowego (jedną z jej form jest słynny blockchain, na którym opiera się bitcoin). Kryptowaluty nie tylko eliminują – oczywiście jeszcze tylko potencjalnie – konieczność istnienia banków centralnych oraz redukują wpływ rządu na rynek, lecz także eliminują, a przynajmniej w dużym stopniu ograniczają konieczność istnienia pośredników na rynku. A tak się składa, że pośrednikami w płatnościach są właśnie banki. Prezes Pietraszkiewicz jest świadomy zatem, że sytuacja faktycznie „idzie w złym kierunku” i za jakiś czas być może okaże się, że Związek Banków Polskich nie będzie miał kogo wiązać, bo banków zwyczajnie nie będzie. Czy postulat zakazu kryptowalut to głos instynktu samozachowawczego?

Nie. Bankierzy wcale nie muszą protestować przeciw kryptowalutom – podobnie jak taksówkarze nie muszą protestować przeciw Uberowi. Mogliby postarać się zrozumieć, skąd kryptowaluty się wzięły, i zapewne doszliby do wniosku, że skoro powstały na wolnym rynku, to mają jakąś funkcję – np. są odpowiedzią na niedostatki obecnego systemu pieniężnego i bankowego. Wystarczyłoby te niedostatki zidentyfikować i naprawić, jednocześnie otwierając się na nowe technologie. Jednak nie wybiórczo – czyli nie tak jak sugeruje Pietraszkiewicz, który chce kryptowalut zakazać, ale już blockchain zaadaptować na użytek banków; a całościowo, tj. poprzez zarówno przejęcie części nowych rozwiązań, jak i poddanie się sile zewnętrznej cyfrowej konkurencji.

Bankierzy musieliby znów zamienić się w kapitalistów i wyjść z tej swojej „strefy komfortu”, w której ich walka o klienta sprowadza się do wymyślania finezyjnych sposobów na zdarcie z niego skóry. Czy tego chcą? Jak podkreśla Brett King, australijski futurolog, przedsiębiorca finansowy i znawca nowych technologii, bankierzy są szczególnie oporni wszelkim zmianom i nie nadążają za rewolucją cyfrową. Gdy zaś na szali jest ich własny interes, jakość usług mają w poważaniu. King za przykład podaje amerykańskie banki, które wciąż opierają się wprowadzeniu natychmiastowych przelewów (a natychmiastowość to jedna z przewag konkurencyjnych kryptowalut), bo wielki biznes robią wciąż na staroświeckich czekach. – Bill Gates podkreśla, że ludzie potrzebują bankowości, a nie banków, i ma rację. Bankierzy muszą to zrozumieć. Nie mogą walczyć z cyfrowym postępem. Nie da się wyłączyć internetu, a to właśnie musiałoby się stać, by faktycznie zdelegalizować kryptowaluty – zauważa King.

Jest jednak światełko w tunelu. Christine Lagarde, szefowa Międzynarodowego Funduszu Walutowego, w jednym z ostatnich wystąpień zachęcała polityków, bankierów centralnych, bankierów komercyjnych i inwestorów nowych technologii do wspólnych rozmów. Najwyraźniej wierzy, że to nie zakazy są odpowiedzią na wyzwania stawiane przez rynek tradycyjnym instytucjom.
http://forsal.pl/finanse/waluty/artykuly.....pinia.html
_________________
Dzieje się krzywda dokonywana przez jednych na drugich.
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
WZBG




Dołączył: 05 Paź 2008
Posty: 3597
Post zebrał 0.00 mBTC

PostWysłany: 13:22, 12 Gru '17    Pojedynczy post Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Cytat:
Tanie bilety do Sydney? Wpadka linii lotniczej. Lepiej sprawdź, czy faktycznie polecisz do Australii… 7.12. 2017 Aneta Zając

opera w Sydney Javen/Shutterstock

Air Canada zaskoczyła wielu swoich pasażerów bardzo atrakcyjną ofertą na przeloty do Sydney. Jednak spostrzegawczy klienci zauważyli, że reklama danego połączenia jest albo sprytnym zabiegiem marketingowym, albo… okrutnym żartem.

Wszystko zaczęło się, gdy Air Canada wyświetliła swoje reklamy na Facebooku. Jedna z nich zapewniała, że na pokładzie przewoźnika można polecieć z kanadyjskiej Ottawy do Sydney za… 439 CAD, czyli ok. 1220 PLN. Cena była bardzo atrakcyjna, więc wielu pasażerów skusiło się na kliknięcie w reklamę i rozważało zakup biletu.

Okazuje się jednak, że atrakcyjna oferta to nic innego jak test na spostrzegawczość albo bolesny żart przewoźnika, który może sporo kosztować. Na potencjalnej rezerwacji faktycznie trasa przebiega z Ottawy do Sydney, więc na pierwszy rzut oka wszystko wydaje się być w porządku.

Problem polega jednak na tym, że to nie jest to Sydney, którego wszyscy się spodziewają. Jeśli zwrócić uwagę na kody lotnisk, to widać wyraźnie, że przelot odbywa się z Ottawy (YOW) do… Sydney (YQY), co oznacza, że pasażerowie nie opuszczą nawet Kanady. YQY to bowiem kod lotniska, które położone jest w kanadyjskiej prowincji Nowa Szkocja. W mieście, które nazywa się dokładnie tak samo jak największe miasto Australii.

Można oczywiście powiedzieć, że jeśli ktoś kupuje bilety, nie sprawdzając dokładnie szczegółów ten sam sobie jest winien. Ale biorąc pod uwagę, że reklama była opatrzona zdjęciem opery w tym właściwym – australijskim Sydney, trudno oprzeć się wrażeniu, że Air Canada zrobiła to z premedytacją.
[...]
https://www.fly4free.pl/air-canada-sydney/

Komentarze:
Cytat:
Leszek.Warszawa 7 grudnia 2017
Nie wiem co na to prawnicy? Ponieważ ilustracja jest jednoznaczna, może warto kupić bilet na ten lot, a następnie złożyć pozew o zwrot kosztów przelotów z kanadyjskiego Sydney do „prawdziwego” Sydney, hoteli, utraconego czasu. Jedno jest pewne: Nawet jeśli to żart, Air Canada dużo utraci w oczach swoich pasażerów.
https://www.fly4free.pl/air-canada-sydney/
_________________
Dzieje się krzywda dokonywana przez jednych na drugich.
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
WZBG




Dołączył: 05 Paź 2008
Posty: 3597
Post zebrał 0.00 mBTC

PostWysłany: 07:26, 16 Gru '17    Pojedynczy post Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Cytat:
Próba oszukania ZUS może zakończyć się więzieniem. Jak pisze w piątek "Rzeczpospolita", biznesmen, który próbował wyłudzić zasiłek, trafił na dziesięć miesięcy do więzienia. 15.12.2017 PAP

Jak podaje gazeta, to pierwszy wyrok skazujący pracodawcę na karę pozbawienia wolności za usiłowanie wyłudzenia zasiłku. Osiem miesięcy więzienia w zawieszeniu na rok i 500 zł grzywny dostała też pracownica, która zasiłek miała otrzymywać.

Poszło o prawie 90 tys. zł świadczenia dla kobiety, która zaraz po podpisaniu umowę o pracę z wynagrodzeniem wynoszącym 7,5 tys. zł miesięcznie rozchorowała się i poszła na zwolnienie lekarskie. Po kilku miesiącach złożyła wniosek o przyznanie świadczenia rehabilitacyjnego na kolejny rok - czytamy w artykule.

Śledztwo ZUS

Urzędnicy ZUS przeprowadzili śledztwo i ustalili, że poza podpisaniem umowy o pracę z bardzo wysokim wynagrodzeniem oszuści ograniczyli się do żądania wypłaty zasiłku. W rzeczywistości zatrudniona nie pojawiła się nawet w miejscu pracy, a pracodawca nie zdążył wypłacić jej ani grosza wynagrodzenia.

Tym razem ZUS nie ograniczył się do odmowy wypłaty zasiłku, skierował sprawę do prokuratury, która postawiła pracodawcy i zatrudnionej przez niego kobiecie zarzuty usiłowania oszustwa.

Sąd Rejonowy w Rawiczu uznał oboje za winnych zarzucanych im czynów i skazał - informuje "Rzeczpospolita".
https://businessinsider.com.pl/twoje-pie.....ie/gpy55r7
_________________
Dzieje się krzywda dokonywana przez jednych na drugich.
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
WZBG




Dołączył: 05 Paź 2008
Posty: 3597
Post zebrał 0.00 mBTC

PostWysłany: 18:11, 18 Gru '17    Pojedynczy post Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Cytat:
IKEA pod lupą KE. Firma mogła uchylać się od płacenia podatków 18.12.2017 PAP

Ikea źródło: Bloomberg autor zdjęcia: Andrey Rudakov

Komisja Europejska zbada, czy IKEA, największy na świecie producent mebli, nie uchylała się od płacenia podatków i czy dzięki temu nie uzyskała nieuczciwej przewagi nad konkurencją. Zamierza sprawdzić, czy na takie działania zgody nie dawały władze Holandii.
KE podała w poniedziałek, że ma obawy, iż IKEA płaciła mniejsze podatki niż powinna, co dało jej nieuczciwą przewagę nad innymi firmami, z naruszeniem unijnych zasad.

"Wszystkie firmy, duże lub małe, wielonarodowe lub nie, powinny sprawiedliwie płacić podatki. Państwa członkowskie nie mogą pozwolić wybranym przedsiębiorstwom na płacenie niższych podatków, umożliwiając im przelewanie zysków w inne miejsce. Będziemy teraz dokładnie badać, w jaki sposób spółka Inter IKEA płaciła podatki w Holandii" - powiedziała unijna komisarz odpowiedzialna za politykę konkurencji Margrethe Vestager.

IKEA została założona w Szwecji, jednak obecnie jest główna siedziba znajduje się w Holandii.
http://forsal.pl/swiat/unia-europejska/a.....atkow.html
_________________
Dzieje się krzywda dokonywana przez jednych na drugich.
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
WZBG




Dołączył: 05 Paź 2008
Posty: 3597
Post zebrał 0.00 mBTC

PostWysłany: 15:31, 20 Gru '17    Pojedynczy post Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Cytat:
Akwizytorzy oszukali kilkadziesiąt tysięcy Polaków 2017-12-18

Akwizytorzy działający na terenie całego kraju oszukali kilkadziesiąt tysięcy osób, oferując usługi telekomunikacyjne, telemedyczne oraz sprzedając energię elektryczną. Poszkodowani podpisywali formularze umów bez możliwości zapoznania się z ich treścią, dochodziło nawet do podrabiania podpisów.

Policja w Radomiu pod nadzorem Prokuratury Okręgowej w Płocku prowadzi śledztwo w sprawie oszustów, którzy wprowadzali swoje ofiary w błąd co do faktu zawarcia umowy z dostawcą energii elektrycznej, usług telekomunikacyjnych i telemedycznych. Dodatkowo w wielu przypadkach dochodziło do podrabiania podpisów nabywców na powyższych umowach. Następnie ofiary obciążane były dużymi rachunkami za usługę, a w przypadku rezygnacji musiały zapłacić wysoką karę.



Policja ustaliła, że przestępstwo było zakrojone na szeroką skalę. Podobny mechanizm działania wykorzystywało siedem firm powiązanych ze sobą osobowo i kapitałowo. Współpracowały one z agencjami zatrudniającymi akwizytorów, którzy w nieuczciwy sposób nakłaniali głównie starsze osoby do zmiany dostawcy usług telekomunikacyjnych lub dostawcy prądu.

Oszuści w celu doprowadzenia do podpisania niekorzystnej umowy stosowali różne metody. Jedną z nich było podszywanie się pod pracowników dotychczasowego operatora telekomunikacyjnego, z którym pokrzywdzony posiadał umowę. Nieuczciwi akwizytorzy, przedkładając dokumenty, twierdzili, że jest to przedłużenie dotychczasowej umowy, korzystna jej zmiana lub wymiana aparatu telefonicznego. Poszkodowani nie mieli możliwości zapoznania się z podpisywanymi dokumentami. Były okazywane im wyłącznie strony, które wymagały podpisu, a dodatkowo przestępcy nie pozostawiali kopii umów.

Akwizytorzy za podpisane umowy otrzymywali określoną prowizję. Dlatego ich działania skupiały się wyłącznie na pozyskaniu klienta i doprowadzeniu do podpisania formularzy, przy podjęciu wszelkich działań, które uniemożliwiały swobodne zapoznanie się z dokumentami. Natomiast poszkodowani, którzy ostatecznie chcieli odstąpić od zawartej umowy, po upływie 14 dni od jej podpisania zobowiązani byli do zapłaty kar umownych.

Na przestępczym procederze zarabiały agencje i ich akwizytorzy, jednak największe korzyści miały spółki oferujące usługi telekomunikacyjne czy medyczne. Do tej pory zarzut oszustwa i podrabiania dokumentów usłyszało 35 osób, a 2 z nich są już aresztowane. Ponadto policja ustaliła, że ofiarą oszustów padło ponad 8000 osób. Jednak pokrzywdzonych może być znacznie więcej.

Katarzyna Rostkowska
https://www.bankier.pl/wiadomosc/Akwizyt.....62429.html
_________________
Dzieje się krzywda dokonywana przez jednych na drugich.
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
WZBG




Dołączył: 05 Paź 2008
Posty: 3597
Post zebrał 0.00 mBTC

PostWysłany: 19:21, 25 Gru '17    Pojedynczy post Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Cytat:
Autostrada Wielkopolska z sądowym nakazem zwrotu państwu 1,36 mld zł. Co zrobi prezes Kulczyk? Jacek Bereźnicki 22.12.201

Zwrot 895 mln zł nienależnej pomocy publicznej oraz 450 mln zł odsetek. Sądowy nakaz zapłaty kwoty 1,36 mld zł na rzecz państwa został wydany już 29 listopada, ale Autostrada Wielkopolska do dzisiaj się do niego nie zastosowała. Kierowana przez Sebastiana Kulczyka spółka nie wyjaśnia dlaczego.

Jak przypomina "Gazeta Wyborcza", zgodnie z sierpniową decyzją Komisji Europejskiej, Autostrada Wielkopolska, która jest operatorem odcinka A2, musi zwrócić Polsce 895 mln zł plus odsetki.

Choć spółka miała prawo do rekompensaty za zwolnienie ciężarówek z opłat za przejazdy tym odcinkiem A2 w wyniku zmiany przepisów z 2005 roku, przedstawiła wtedy nieaktualne, zawyżone prognozy ruchu.

Po otrzymaniu decyzji KE, rząd PiS szybko przystąpił do egzekwowania całej kwoty od należącej w 43 proc. do Sebastiana Kulczyka spółki. Już 8 września nakazał AWSA wpłatę na konto Krajowego Funduszu Drogowego.

Operator autostrady A2 nie zapłacił, więc resort infrastruktury wystąpił do Prokuratorii Generalnej o wystąpienie w tej sprawie na drogę sądową w imieniu skarbu państwa. Pozew został złożony 17 listopada, a już niecałe 2 tygodnie później sąd wydał nakaz zapłaty.

Z informacji, jakie gazeta uzyskała z ministerstwa, wynika, że AWSA nadal nie zapłaciła. Spółka nie komentuje sprawy, dlatego nie wiadomo, czy zaskarżyła sądowy nakaz zapłaty.
https://www.money.pl/gospodarka/wiadomos.....94666.html


Cytat:
Autostrada Wielkopolska musi zwrócić Polsce 895 mln zł plus odsetki. Jest orzeczenie Komisji Europejskiej Bartosz Krzyżaniak 25.08.2017

Spółka Autostrada Wielkopolska musi zwrócić polskiemu państwu 895 mln zł - poinformowała w piątek Komisja Europejska. Zdaniem Brukseli operator odcinka A2 otrzymał nadmierną rekompensatę z tytułu zmiany ustawy o autostradach płatnych.

Spółka Autostrada Wielkopolska SA (AW SA) musi zwrócić polskiemu państwu 895 mln zł - poinformowała w piątek Komisja Europejska. Zdaniem Brukseli operator odcinka A2 otrzymał nadmierną rekompensatę z tytułu zmiany ustawy o autostradach płatnych.
Rekompensaty wypłacone przez polskie władze miały na celu wynagrodzenie przedsiębiorstwu AW SA zmiany w prawie, która prowadziła do zwolnienia pojazdów ciężarowych z obowiązku wnoszenia opłat autostradowych. Komisja Europejska uznała, że działanie to w swoim wymiarze było niezgodne z unijnymi zasadami pomocy państwa.

"Szczegółowe dochodzenie Komisji rozpoczęte w czerwcu 2014 r. potwierdziło, że AW SA miała prawo do otrzymania rekompensaty w ramach umowy koncesyjnej z Polską w celu przywrócenia oczekiwanej sytuacji finansowej sprzed zmiany polskich przepisów w 2005 r. Jednakże w dochodzeniu Komisji potwierdzono, że władze polskie oparły się na nieaktualnych danych z 1999 r. Doprowadziło to do zawyżenia spodziewanych przychodów AW SA z opłat za przejazd pojazdów ciężarowych w przypadku braku zmian legislacyjnych" - podkreśliła w piątek Komisja.

Urzędnicy w Brukseli stwierdzili, że różnica między faktycznie wypłaconą kwotą rekompensaty a zaktualizowanym szacunkiem opartym na danych liczbowych z 2004 r. była nieuzasadnioną korzyścią gospodarczą dla AW SA, co narusza unijne zasady pomocy państwa.

"Wynika to z faktu, że rekompensata faktycznie wypłacona na rzecz AW SA przekraczała bezpośrednie skutki zmiany legislacyjnej i doprowadziła do poprawy spodziewanej sytuacji finansowej spółki. AW SA musi teraz zwrócić państwu polskiemu 895 mln zł (około 200 mln euro) plus odsetki" - zaznaczono w komunikacie Komisji.

Cała sprawa zaczęła się w 2005 r., kiedy to Polska zmieniła przepisy dotyczące pojazdów ciężarowych, które były podwójnie obciążane opłatami za korzystanie z naszych autostrad (było to niezgodne z przepisami unijnymi). Zgodnie ze starymi zasadami pojazdy ciężarowe podlegały zarówno opłacie ryczałtowej (tzw. winieta), jak i opłatom autostradowym. W wyniku zmiany przepisów zostały zwolnione z opłat autostradowych.

Ówczesne władze naszego kraju postanowiły jednocześnie zrekompensować posiadaczom koncesji na autostrady utratę dochodów, wprowadzając tzw. myto wirtualne. Zostało to uzgodnione z każdym posiadaczem koncesji oddzielnie. W przypadku AW SA zgodzono się na utrzymanie wewnętrznej stopy zwrotu przedsiębiorstwa, związanej z inwestycją w autostradę A2 na tym samym poziomie, co przed zwolnieniem ciężarówek z opłat.

W sierpniu 2012 r. polskie władze zgłosiły Komisji, że wypłaciły zbyt wysokie rekompensaty na rzecz AW SA. Zdaniem Warszawy AW SA zawyżyła swoją wewnętrzną stopę zwrotu, korzystając z przestarzałego badania na temat ruchu drogowego i dochodów.

Zamiast skorzystać z najbardziej aktualnego badania z 2004 r., AW SA powołała się na badanie z 1999 r. W badaniu z 1999r. oszacowano znacznie wyższy poziom ruchu i przychodów, a tym samym większą oczekiwaną rentowność.

W rezultacie - jak wskazała Komisja - kwoty rekompensaty przekroczyły dochód, jaki AW SA byłaby zdolna wygenerować z opłat za pojazdy ciężarowe. Nadpłata wyniosła 895 mln zł w okresie od 1 września 2005 r. do 30 czerwca 2011 r. Dochodzenie komisji Europejskiej w tej sprawie toczyło się od połowy 2014 r.

KE zajmowała się wcześniej rekompensatami dla posiadacza koncesji na autostradę A4 Katowice­-Kraków. W grudniu 2013 r. stwierdziła, że rekompensata, jaką otrzymał ten operator, nie była niedozwoloną pomocą państwa. Podstawowe zasady mechanizmu rekompensaty były takie same, jak w przypadku Autostrady Wielkopolskiej, inaczej jednak zastosowano system, co nie stwarzało problemów w zakresie konkurencji.

W przepisach UE dotyczących pomocy państwa wymaga się co do zasady odzyskania pomocy państwa niezgodnej z tymi regulacjami, by usunąć zakłócenia konkurencji spowodowane przez tę pomoc. KE podkreśliła, że zasady pomocy państwa nie przewidują grzywien, a odzyskanie pomocy nie ma na celu ukarania danego przedsiębiorstwa. Działanie to ma na celu jedynie przywrócenie równego traktowania wszystkich przedsiębiorstw.

Z Brukseli Krzysztof Strzępka
https://www.money.pl/gospodarka/wiadomos.....58377.html
_________________
Dzieje się krzywda dokonywana przez jednych na drugich.
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
WZBG




Dołączył: 05 Paź 2008
Posty: 3597
Post zebrał 0.00 mBTC

PostWysłany: 13:21, 26 Gru '17    Pojedynczy post Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Cytat:
Rachunek za życie WYRÓŻNIONY 12.12.2017 Łukasz Pawelski



KNF oraz inne zainteresowane instytucje publiczne przeszły obojętnie obok interesów osób poszkodowanych w wypadkach drogowych.

Śmierć małżonka wyceniono na 75 tys. zł, dziecka natomiast na 80 tys. zł. W przypadku śmierci obojga rodziców za drugiego otrzymamy jednak tylko 10 tys. zł. Takie szokujące ustalenia można znaleźć w „cenniku” opracowanym przez Komisję Nadzoru Finansowego w ramach tzw. Forum Zadośćuczynienia. W teorii dokument miał uregulować kwestię wysokości rekompensat za stratę członków rodziny zmarłych w wyniku wypadków komunikacyjnych. W praktyce jednak chodzi o interes towarzystw ubezpieczeniowych i ograniczenie ich wypłat, chociaż rekompensaty w Polsce i tak należą do najniższych w Unii Europejskiej.

Kosztowna śmierć

Śmierć na polskich drogach stała się już rodzajem upiornego przemysłu. Zarabiają wszyscy: służby porządkowe, zakłady pogrzebowe i polujące na klientów kancelarie prawne. Te ostatnie wiedzą, że wysokości odszkodowań i zadośćuczynień proponowanych przez ubezpieczalnie są rażąco zaniżane. Dlatego za „zaledwie” 30 proc. wygranej reprezentują rodziny, które postanowiły walczyć o wyrównanie poniesionych strat. O ile pod koniec poprzedniej dekady mało kto chciał się procesować, o tyle obecnie świadomość prawna jest tak duża, że mało kto nie pozywa ubezpieczyciela. Faktem jest, że ci z kolei przegrywają większość spraw. W jednej z nich towarzystwo ubezpieczeniowe sprawcy wypłacić blisko 200 tys. złotych całej rodzinie, łącznie z kuzynami i kuzynkami ofiary wypadku. Ubezpieczyciele zrozumieli więc, że dłuższe utrzymywanie takiego stanu rzeczy zagraża sytuacji finansowej, dlatego w ich dobrze pojętym interesie leżało przyjecie ustalonych norm wysokości zadośćuczynień.

Równanie w dół

Towarzystwa ubezpieczeniowe i strona rządowa nawet specjalnie się z tym nie kryją. Ich przedstawiciele twierdzą, że obecnie sądy mają za dużą dowolność w szacowaniu stawek rekompensat. W zależności od tego, gdzie dochodzi do zasądzenia, różnica może wynosić nawet 85 proc.! Na przykład w województwie dolnośląskim to średnio 57,8 tys. zł, a w Świętokrzyskiem – 31,2 tys. zł. Tę „samowolkę” ma skończyć wskazanie kręgu osób uprawnionych oraz… tabelka ze stawkami za śmierć najbliższych. Sprowadzono więc nas i naszą rodzinę do roli przedmiotów wycenianych na całkiem marne kwoty.

Jakby tego było mało, Urząd Komisji Nadzoru Finansowego przygotował „Informację dotyczącą wyników prac Forum Zadośćuczynień”. Można w niej przeczytać, że: „opracowanie systemowego rozwiązania powinno pozwolić na ograniczenie liczby spraw sądowych i wpłynąć pozytywnie na sytuację finansową zakładów ubezpieczeń. Dla poszkodowanych w wypadkach standaryzacja oznacza możliwość szybkiego otrzymania wypłaty i to bez oczekiwania na wyrok sądu”. Nie ma więc złudzeń, że nie chodzi o poprawę losu dyskryminowanych z uwagi na miejsce zamieszkania czy miejsce wypadku Polaków, ale o ochronę partykularnych interesów ubezpieczycieli. Z punktu widzenia tych ostatnich, Polacy stali się zbyt bystrzy i dochodzili za dużych sum. Najlepiej zatem wprowadzić system, który jednakowo wyceniałby śmierć pijanego, który na rowerze sam wjechał pod koła nadjeżdżającego pojazdu oraz śmierć właściciela firmy i kochającego ojca, który został zabity przez pijanego kierowcę.

Najsmutniejszym jest w tym wszystkim to, że KNF oraz inne zainteresowane instytucje publiczne przeszły obojętnie obok interesu poszkodowanego. Oficjalnie wprowadzenie stawek ma się przyczynić do łatwości uzyskania zadośćuczynienia, w praktyce chodzi o zahamowanie wzrostu wydatków ubezpieczycieli.

Przecena rodzinna, czyli śmierć rodzica za 10 tys. zł


Ustalenia Forum Zadośćuczynień mogą szokować, zwłaszcza przyjęte stawki. Śmierć męża w wypadku komunikacyjnym oznacza dla żony 75 tys. złotych zadośćuczynienia. Dziecko w wieku do lat 13 za śmierć rodzica otrzyma blisko 72 tys. złotych. Natomiast jeżeli będzie miało co najmniej 25 lat, śmierć ojca będzie wyceniona na niewiele ponad 39 tys. złotych. Gdy w wypadku zginą oboje rodzice, nie otrzyma ono wypłat za dwóch członków rodzin, a jedynie wypłatę jak za jednego plus 10 tys. złotych „dodatku”. Pytanie, który rodzić jest tyle wart? Śmierć jedynaka to 100 tys. złotych, ale dziecko w wieku 18–25 lat to już jedynie 65 tys. złotych. Starsze to zaledwie 55 tys. złotych.

Wszyscy uczestnicy prac Forum Zadośćuczynienia zgodzili się, aby prace opierały się na danych ze wszystkich spraw, które zakończyły się prawomocnymi orzeczeniami. Wysokość zadośćuczynień została więc ustalona na podstawie analizy wyroków 3,7 tys. spraw z ostatnich dwóch lat.

Gdy „torturowanie” danych nie przyniosło zamierzonych efektów, dla obniżki średniej wartości wypłaconego odszkodowania postanowiono dołączyć zupełnie inne zmienne. Rzecznik Finansowy Aleksandra Wiktorow stwierdziła, że „Przystępując do współpracy przy tym projekcie, zakładaliśmy sparametryzowanie wysokości zadośćuczynień dla większości standardowych przypadków. Oczywiście w wysokości ustalonej na podstawie orzeczeń sądowych sprawi, że uprawnieni będą szybciej dostawali należne pieniądze bezpośrednio od ubezpieczyciela”. Jak się okazało podczas ostatniego spotkania, Komisja Nadzoru Finansowego zaproponowała uwzględnienie danych dostarczonych przez ubezpieczycieli. Najwidoczniej dane statystyczne i średnia wypłat kwot zadośćuczynień przeraziły całą branżę. Dlatego jej przedstawiciele sięgnęli po dane, które pomniejszają należne wartości o około 30 proc.

Mechanizm „właściwej” obróbki danych był prosty. KNF i branża ubezpieczeniowa dodała informacje dotyczące wypłat, które zrealizowali sami ubezpieczyciele. Siłą rzeczy rozwodniło to wartość wypłacanych kwot zadośćuczynienia. Przedstawiciele Rzecznika Finansowego nie rozumieli chyba zresztą samej formuły pracy uczestników Forum, tylko branża ubezpieczeniowa otrzymała bowiem przywilej uwzględnienia przedstawionych danych bez weryfikacji. Wynika z nich, że za śmierć dziecka poniżej 18 roku życia należy się niecałe 54 tys. złotych. Podczas gdy z orzecznictwa płynie kwota 80 tys. złotych zadośćuczynienia. Podobnie rzecz ma się z „dodatkiem” za śmierć drugiego rodzica. Dlaczego dziecko za jednego rodzica otrzyma wypłatę 75 tys. złotych a za drugiego tylko 10 tys. złotych i co najważniejsze jak te wartości mają się do realiów współczesnej gospodarki? Gdy średnia pensja zbliża się do 5 tys. złotych, należy zadać pytanie, jak to możliwe, aby wysokość dwóch średnich pensji rekompensowała stratę rodzica? Nic więc dziwnego, że ze skarg kierowanych do Rzecznika Finansowego wynika, że kwoty wypłacane przez ubezpieczycieli, bez reklamacji i procesu sądowego są znacznie zaniżone.

Kampania dezinformacji

Trzeba przyznać, że branża ubezpieczeniowa przygotowała się do tego starcia doskonale. Poza zadbaniem o nierozdmuchiwanie tematu postarała się też o to, żeby informacje docierające do mediów przedstawiały wszystko w pozytywnym świetle. Starała się też przekonać wszystkich zainteresowanych, że mamy największe kwoty zadośćuczynień w Europie.

„Gazeta Finansowa” postanowiła zweryfikować te informacje i szybko okazało się, że pod względem wypłaty świadczeń przez ubezpieczycieli jesteśmy na szarym końcu Europy. Wyprzedza nas nawet Słowacja. Tak przynajmniej wynika z badań przedstawionych przez szwajcarskie towarzystwo reasekuracyjne Swiss Re.
W Forum Zadośćuczynienia uczestniczyło m.in. Ministerstwo Finansów, Ministerstwo Sprawiedliwości, przywołany już Rzecznik Finansowy, Polska Izba Ubezpieczeń, Ubezpieczeniowy Fundusz Gwarancyjny, Stowarzyszenie Sędziów Polskich IUSTITIA czy KNF reprezentowana przez poszczególne departamenty. Podczas posiedzenia Zespołu Zadaniowego 1, kończącego prace Forum przygotowano projekt zmian legislacyjnych, zakładający m.in. wyposażenie ministra właściwego do spraw instytucji finansowych do określania w drodze rozporządzenia sposobu ustalania sumy tytułem zadośćuczynienia pieniężnego za doznaną krzywdę. Sądy natomiast tylko w wypadku szczególnych okoliczności będą mogły wyjść poza wskazaną kwotę. Czy projekt limitowania wysokości kwoty zadośćuczynienia w przypadku ubezpieczycieli OC zostanie przyjęty? Zaangażowanie strony rządowej w prace „Forum” może świadczyć o tym, że są spore szanse.
https://gf24.pl/wydarzenia/kraj/item/852-rachunek-za-zycie
_________________
Dzieje się krzywda dokonywana przez jednych na drugich.
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Prawda2.Info -> Forum -> Wiadomości Wszystkie czasy w strefie EET (Europa)
Strona:  «   1, 2, 3 ... 15, 16, 17, 18   » 
Strona 16 z 18

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz moderować swoich tematów


Kapitalistyczne cwaniactwo
Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group.