Nasz serwer sponsoruje CJ2 Hosting & Development

 
Jak zamordowano Filipa Adwenta  
Znalazłeś na naszym forum temat podobny do tego? Kliknij tutaj!
Ocena:
7 głosów
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Prawda2.Info -> Forum -> Wiadomości Odsłon: 18680
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
JerzyS




Dołączył: 20 Maj 2008
Posty: 3995
Post zebrał 0.000 mBTC

PostWysłany: 20:49, 23 Paź '11   Temat postu: Jak zamordowano Filipa Adwenta Odpowiedz z cytatem

Tak było z Adwentem, a teraz sięgnięto po Leppera


===================================================

sobota, 25 grudnia 2010
Niewyjaśnione do dzisiaj okoliczności śmierci europosła śp. Filipa Adwenta


Niewyjaśnione do dzisiaj okoliczności śmierci śp. pos. Filipa Adwenta, Radio Maryja, 23.12.2010

Ojciec Redemptorysta: ... w Aktualnościach Dnia" a dzisiaj w Radiu Maryja mówimy o tych, których tak nagle zabrakło przy wigilijnym stole i o tych, których okoliczności śmierci wciąż są niewyjaśnione. Mijają miesiące, nie wiemy, co wydarzyło się 10 kwietnia mijającego już roku 2010 na lotnisku w Smoleńsku. Ale też i był 18 czerwca [2005 r.], kiedy po godz. 18.00 na wiadukcie w Grójcu, łączącym trasę nr 7 Warszawa-Kraków z trasą nr 50 doszło do tragicznego w skutkach wypadku samochodowego. W wyniku zderzenia śmierć na miejscu poniosły cztery osoby: 85-letni ojciec posła Filipa Adwenta, Stanisław i najstarsza córka 19-letnia Maria, oraz dwaj mężczyźni z innego samochodu, który jechał za samochodem posła Filipa Adwenta. Jest z nami pani Alicja Adwent. Szczęść Boże, Pani Alicjo.

Alicja Adwent: Szczęść Boże, Ojcze. Witam serdecznie Ojca w studio i radiosłuchaczy.

O.R.: Mijają lata od tego tragicznego wypadku, o którym mówimy, Czy poznała Pani okoliczności tragicznej śmieci swojej córki, teścia i męża?

A.A: Proszę Ojca, prawda, jak już powiedziały tutaj na antenie panie Gosiewskie, strasznie trudno wychodzi na jaw w tej naszej aktualnej polskiej rzeczywistości. Tak, że słuchając tych pań, radiosłuchacze mają wizję, jak funkcjonuje nasze państwo, jak funkcjonuje nasze prawo, jakie mamy służby ścigania, jakie mamy nasze sądownictwo. Dlatego z tą prawdą jest, jak widzimy, bardzo trudno i to, co się przydarzyło mojej rodzinie 5 lat temu, 18 czerwca 2005 r. jest jakby identyczną sytuacją. Ja tu straciłam cztery najbliższe osoby, śledztwo trwało cztery lata i w zasadzie, niestety, nie znamy szczegółów tego wypadku. Sprawa jest ciągle do wyjaśnienia. Dlatego myślę, że nie możemy liczyć na nasze organy ścigania, na nasz wymiar sprawiedliwości, w aktualnej sytuacji.

A szczegóły... na temat funkcjonowania tego wszystkiego Panie [powiedziały], więc mogłabym tylko ze swojego własnego doświadczenia opowiedzieć, jak to było, prawda?

O.R.: No właśnie, jak to było?

A.A: Może ja przypomnę, to się wydarzyło, jak już Ojciec zapowiedział, pod Grójcem.

Samochód ciężarowy z prawostronną kierownicą,
prowadzony przez zawodowego wojskowego kierowcę,
jadąc pod górkę z szybkością 100 km/godz. w terenie zabudowanym,
zjeżdża niespodziewanie na przeciwny pas i miażdży jadącą toyotę, samochód,
w której była moja rodzina i który praktycznie stał, bo tam było 24 km/godz.,
i na miejscu uśmierca moją córkę, uśmierca ojca Filipa.
Dziesięć dni później umiera Filip, umiera jego mama, są dwa pogrzeby.



Odbywa się proces, który trwa 4 lata.

I tak jak polskie procesy się odbywają, jest to oczywiście jedna wielka farsa.

Zabójca, który zabił 4 osoby, bo oprócz mojej rodziny zabił jeszcze... zmiażdżył samochód z dwoma młodymi mężczyznami, którzy stali za mężem - byli to informatycy wysoko wykształceni - odpowiada cały czas podczas procesu z wolnej stopy, oczywiście.
Nasze wnioski dowodowe są oddalane. Świadkowie są ośmieszani. Kolejni prokuratorzy bronią przestępcę.


Kierowca, który był - jak już powiedziałam - zawodowym wojskowym kierowcą i zabił 6 osób, otrzymał 5 lat więzienia.


Nie wyraził żadnej skruchy, nie przeprosił żadnej rodziny ofiar. I to przy pełnym poparciu swoich obrońców. To tak bardzo ogólnie, już nie wnikając w szczegóły tego dramatu, który przeżywała moja rodzina i przeżywa w dalszym ciągu.

Odbyliśmy te wszystkie etapy: sąd I instancji, sąd apelacyjny, sąd kasacyjny. No i oczywiście sąd kasacyjny, Sąd Najwyższy uznał, przyklepał wyrok sądu I instancji. Tak, że troszeczkę... mam żal do środowiska adwokackiego, że nie odważył się, nie podjął się realnie dociekać, czy ten wypadek, w którym ginie bardzo zaangażowany polityk wraz z rodziną - czy nie jest to zamach, czy celowe działanie. A przecież powinno to być zasadą. Ta zasada powinna stać się regułą w takich wypadkach. Tak jest przecież na całym świecie.

Również ze strony ówczesnych władz nie poczyniono żadnych skutecznych działań, pomimo obietnic.
Na cmentarzu podczas kolejnych dwóch pogrzebów ludzie z tłumu pytali pana europosła Macieja Giertycha,
europosła, szefa grupy europarlamentarnej mego męża, czy zajmie się tą sprawą.

Padła odpowiedź, że są do tego odpowiednie organa w Polsce i nie ma takiej potrzeby.
Tak, że skutki takiej postawy odczuwam do dzisiaj.

Ale, proszę Ojca, pociesza mnie jednak fakt, że prości ludzie żyją tą sprawą. I docierają do mnie liczne słowa poparcia, współczucia, zapewnienia o modlitwie od Polaków z różnych stron świata - od Florydy do Bajkału. Ludzie znają historię Filipa Adwenta i jego rodziny i żywo interesują się tym, co się stało. Wierzę, że pamięć Narodu jest i będzie żywa. I to jest dla mnie pocieszające.

O.R.: Bardzo jest ciekawa biografia Pani męża, ponieważ jest Polakiem, ale do Polski przyjechał.

A.A: Tak. Filip urodził się w polonijnej rodzinie. Jego mama urodziła się w Lille. Babcia Filipa urodziła się w Nadrenii-Westfalii, z rodziców Polaków, tak, że jego mama jest trzecim pokoleniem Polaków. Ojciec z rodziną Andersa dotarł do Anglii jako 17-letni chłopiec i tam mieszkał razem z matką, babcią Filipa, która w Londynie prowadziła dom, opiekowała się żołnierzami armii Andersa, którzy nie mogli wrócić do Ojczyzny z wiadomych powodów. I w takiej atmosferze Filip się wychował, w takiej typowo wojskowej, pełnej patriotyzmu, tęsknoty za Polską, za Ojczyzną. Marzeniem jego było mieszkać kiedyś w Polsce, być tutaj, pomagać Polakom. I tak jak pisał w swoich pamiętnikach, mówił, że teraz, gdy nasz Ojczyzna dźwiga się z ran po poprzednim systemie, Polacy powinni wrócić, właśnie tacy jak on, z taką historią, powinni wrócić do Polski i podnosić ten kraj.

Jak wiemy, niewielu odważyło się, bo był to naprawdę duży wyczyn, był to ogromny przeskok dla nas taki, materialny i w ogóle...

O.R.: Cywilizacyjny wręcz...

A.A: Cywilizacyjny, można powiedzieć. Był to dla nas bardzo, bardzo trudny okres - dla całej rodziny, dla naszej trójki dzieci. Ale mąż, tak jak mówił, że teraz idzie na całego, chce żyć dla Polski. I z przerażeniem odkrywałam w jego wypowiedziach publicznych, że zapowiadał jak gdyby, że dla tej miłości... no, może trzeba będzie zginąć. I ostatnie miesiące jego życia, widziałam duży niepokój, duże lęki, że coś się dzieje, o czym nas nie informował - o czym oczywiście dowiedziałam się dużo później już po fakcie od przyjaciół. Kupił nawet grób dwa miesiące przed śmiercią kupił grób, w pełni zdrowia, w Kalwarii Pacławskiej, w swoim ukochanym miejscu. Miejsce, które było miejscem jego marzeń, żeby tam kiedyś można było mieszkać. Blisko klasztoru franciszkanów. Znany jest tam wśród ludzi, wśród franciszkanów, często tam bywał. Także pisał książki, jak Ojciec wie, i radiosłuchacze Radia Maryja przecież znają...

O.R.: Był naszym felietonistą, gościł często na antenie...

A.A: ... był felietonistą, pięknie pisał o Polsce. Bardzo chciał, żeby ona wyglądała pięknie, żeby miała piękną architekturę. Nawet odbył rok studiów na SGGW w Warszawie na wydziale rolnictwa, gdzie zgłębiał, jako lekarz, tajniki rolnictwa, żeby mieć wiedzę w tej dziedzinie. No i los.. Pan Bóg chciał, że został wybrany europosłem i właśnie był między innymi w komisji rolnictwa i ta wiedza zdobyta bardzo mu się przydała.

O.R.: Jest z nami pani Alicja Adwent, wdowa po pośle do Parlamentu Europejskiego, panu Filipie Adwencie, który 18 czerwca 2005 roku w wyniku wypadku samochodowego zmarł. Po raz drugi rozłączyło naszą rozmowę - telefonując, wybierając numer stacjonarnym, którym się przed chwilą łączyłem, usłyszałem tylko komunikat "Linia uszkodzona". Często się Pani zdarzają takie przypadki, Pani Alicjo, podczas rozmów telefonicznych?

A.A: Tak, bardzo często, proszę Ojca, bardzo często są takie przypadki, a szczególnie w dniach pogrzebu. To były dwa pogrzeby, obie linie były nieczynne, proszę Ojca. I potem wiele razy właśnie dziwne usterki. To nie jest dla mnie rzecz nowa.

O.R.: Czy Pani czuje się w związku z tym bezpieczna?

A.A: Nie czuję się. proszę Ojca, bezpieczna. Nie czuję się od momentu wypadku.

O.R.: Dlaczego? Są jakieś symptomy, które by tę trwogę prowokowały?

A.A: Proszę Ojca, myślę, że każdy wie... w takiej sytuacji, jak moja, nie można czuć się bezpiecznie. Chociażby przed chwilą ta historia z telefonem. Są to historie nagminne w moim wypadku, tak, że... nie czuję się bezpieczna w każdym bądź razie, na linii też...

O.R.: Pani Alicjo, mówimy o Pani Mężu, ale również Pani Mąż to był żarliwy Polak, gorący Polak, broniący Polski, też z trybuny Parlamentu Europejskiego.

A.A: Tak, proszę Ojca. Filip, jak to publicznie pisał i mówił w swoich wywiadach, oczywiście na łamach prasy prawicowej, on się czuł jak żołnierz. Wychowany w atmosferze wojskowej, mówił: "Ja jestem żołnierzem, ale w krawacie, bo tam w Brukseli, to jest linia frontu, bo tu walczymy o naszą Polskę, o jej kształt, o jej istnienie". I uważał, że tam jest front i tam się trzeba po prostu teraz mocno bić. Bo wiadomo, wojny militarne, raczej... przypuszczamy, że w tych czasach ich raczej nie będzie, a największym problemem obecnie to są wojny gospodarcze polityczne, kulturalne. Dlatego, powiedział, że teraz będzie szedł na całego, że ma taką możliwość. I cieszył się z tego, że dane mu było właśnie tam...

Miał ku temu duże możliwości. Znał przecież pięć języków, biegle władał francuskim, polskim, rosyjskim, uczył się ukraińskiego.

Bardzo się też zaangażował w taką pomoc, był w takiej komisji do współpracy z Ukrainą.


Będąc tam też cały czas, jako lekarz, nadzorował przeróżne transporty medyczne do Polski. Myślę, że Podkarpacie pamięta tą jego działalność, taką właśnie obok-medyczną, zaopatrywał szpitale w sprzęt, w łóżka, aparatury. Ja sama spotkałam osoby, które mówiły, że zawdzięczają dzięki jego działalności medycznej nawet życie, ponieważ aparatury, które on przywoził, uratowały te osoby w takich krytycznych sytuacjach.

Także Filip będąc tam, we Francji bardzo godnie prezentował Polaków. W środowisku lekarskim był znany ze swojego gorącego patriotyzmu. Środowisko lekarskie wiedziało, że on organizuje tę pomoc humanitarną do Polski i organizował przecież przez 20 lat, zawsze było mnóstwo telefonów od profesorów z różnych klinik, którzy mówili: "Filip, mamy dla ciebie respiratory, mamy dla ciebie łóżka, mamy inkubatory". Tak, że ceniono go za takie właśnie oddanie sprawie pomocy dla Polski.

O.R.: Pani Alicjo, my pamiętamy. Pamiętamy i bardzo dziękuję za te refleksje również. I dziękuję też, że Pani zawsze jest z nami, z Radiem Maryja. I życzę, aby te święta...

A.A: Muszę jeszcze powiedzieć, że Filip od pierwszych dni bardzo się cieszył i podziwiał, że takie w ogóle Radio na świecie istnieje i mówił że to jakiś fenomen. I po prostu przyjeżdżał za każdym razem z Torunia pełen radości, jacy tam wspaniali księża pracują. "Oni to są jak żołnierze, którzy są świetnie wykształceni, znający języki".

On pochodził z kraju, gdzie niestety księża już średnia wieku była dość wysoka, więc on się zachwycał widokiem młodych, energicznych, świetnie wykształconych księży, a tam w Toruniu tego doświadczył najbardziej.

O.R.: Miło nam to słyszeć. Bardzo dziękuję Pani Alicjo, niech Pan Jezus, Ten, który do nas przychodzi przez Betlejemski Żłóbek błogosławi i szczególnie leczy te rany, które zostały po tych nagłych stratach, wciąż jeszcze nie wyjaśnionych. Szczęść Boże.

A.A: Dziękuję za te życzenia, szczęść Boże, ja również życzę wszystkim Słuchaczom błogosławionych świąt Bożego Narodzenia, dużo miłości, wzajemności, ciepła rodzinnego. Szczęść Boże.


http://suwerennosc.blogspot.com/2010/12/.....nosci.html
======================================
http://lusiaoginska.pl/index.php?m=6&.....amp;page=1

W czerwcu 2009 roku minie czwarta rocznica śmierci Filipa Adwenta.
Wypadek samochodowy przerwał pracowite życie polskiego europosła.
Śmierć poniosła również jego 19 - letnia córka Maria, matka Jeanie i ojciec Stanisław.
Walka żony pana posła o prawdę, walka Alicji Adwent, nie przyniosła rezultatu.
Bliscy współpracownicy Filipa Adwenta wielokrotnie zwracali uwagę na taktykę pracy sądu,
jak również na niezrozumiałą opieszałość pracy prokuratury.

Wystarczy powiedzieć, że

w stosunku do człowieka, który spowodował tragiczny wypadek – nie zastosowano aresztu tymczasowego.


==============================================================
A więc pięć lat za zamordowanie 6 osób . Czyli mniej niz jeden rok za jedna zamordowana osobę

Jak to się ma więzienia za posiadanie 1 g marihuany na użytek własnej aromatoterapi!



?????

Demokracja?

Jeśli wybierzemy sobie kogoś kto elitom nie odpowiada , to go po prostu zamordują!


=============================
TERROR NA TRASIE – SOKOŁY – ROSZKI WODŹKI

Latem 1992 roku lokalne radio podało, że koło wsi Roszki – Wodźki spłonął samochód Tarpan-chłodnia, a lokalna gazeta Kurier Podlaski podał obszerną relację z tego „wypadku”, relacja ta niestety zaginęła mi. Oto jak ją zapamiętałem:

Tarpanem jechał Marcin Dybowski – twórca wydawnictwa konserwatywnego „Antyk”. Innym samochodem jechał Lech Horoszko. Więźli z drukarni jeszcze „ciepłe” kilkaset książek „Via Bank i FOZZ o rabunku finansów Polski” – Mirosława Dakowskiego i Jerzego Przystawy, „Cień Zawiszy” – Wiesława Jana Wysockiego i jakieś inne książki.

Celem wyjazdu było od dawna ustalone spotkanie na trasie z kimś, kto obiecywał wyjawienie dodatkowych informacji w sprawie afery FOZZ-u; wyjechali nocą z Warszawy do Białegostoku. Około 2-giej zatrzymali się w Sokołach aby spożyć jakiś posiłek i odpocząć. Po pewnym czasie wyjechali i obok wsi Wodźki, przed mostkiem Dybowski zauważył jakichś ludzi, na drodze rozłożone były kolce. Aby ominąć przeszkodę i napastnika celującego z pistoletu; Dybowski wykonał skręt ale samochód zjechał z szosy i stoczył się do głębokiego rowu. W momencie wychodzenia z dołu Dybowski został zaatakowany silnym ogniem z miotacza ognia. Machinalnie zasłonił ręką twarz, mimo to został poparzony. Dybowski zaczął uciekać i wskoczył do nadjeżdżającego z tyłu samochodu Horoszki.

Przedostali się na posterunek MO w Łapach. Złożyli obszerne zeznanie i… kamień w wodę. Dotychczas cisza. A był to już trzeci napad „nieznanych sprawców” na Marcina Dybowskiego. Następnego dnia pojechałem na miejsce wypadku. Samochód spłonął, już został wyciągnięty, a właściwie kupa spalonego wraku – topiło się aluminium, którego kawałki leżały na łące. Dookoła porozrzucane niedopalone książki i tysiące kartek z nich. Udało mi się skompletować niedopalone, sklejone od wody strażaków, niektóre fragmenty tych dzieł. Byłem tam dwukrotnie, zrobiłem kilka zdjęć, napisałem do wydawcy – Dybowskiego list z pozdrowieniami i życzeniami powrotu do zdrowia. Oto kilka fragmentów tej przerażającej książki o perfidnym rabunku Polski.

http://www.antyk.org.pl/terror.html
=================================

Poniższy tekst pochodzi sprzed 3 lat. Od tamtej pory, według naszej wiedzy, sprawa nie ruszyła się do przodu ani o krok. – admin.

Sześć ofiar, a sprawca na wolności – nowe okoliczności wypadku drogowego ś.p. Filipa ADWENTA

ZŁOŻYŁ ŻYCIE NA OŁTARZU OJCZYZNY

Stowarzyszenie Obrony i Rozwoju Polski
ZARZĄD GŁÓWNY
Al. J. Piłsudskiego 8-10, 35-074 Rzeszów. PL. Tel. +48/17/862.28.48 ; fax 017.862.54.07.
Nr REGON: 180 113 227 . www.soirp.iap.pl; e-mail: zg@soirp.rzeszow.pl

Rzeszów, dnia 7. stycznia 2008 roku.
L. dz.: ZG/ P/1/01/08

Sąd Apelacyjny w Lublinie
Wydział Karny-Odwoławczy
ul. Obrońców Pokoju 1
20-959 Lublin

sygn. akt II AKa 305/07
sygn. akt II K 54/07

OŚWIADCZENIE

Stowarzyszenie Obrony i Rozwoju Polski występowało przed Sądem Okręgowym w Radomiu w postępowaniu sygn. akt II K 54/07 jako przedstawiciel społeczny po stronie Pani dr Alicji Adwent, żony tragicznie Zmarłego Europosła dr. Filipa Adwenta i Członków Jego fatalnie doświadczonej Rodziny. Udział organizacji w rozprawie ma na celu monitorowanie postępowania w celu doprowadzenia do jak najpełniejszego wyjaśnienia przyczyn i okoliczności tragicznej w skutkach katastrofy drogowej.

Rozprawa w pierwszej instancji toczyła się przed Sądem Okręgowym w Radomiu, ale już powstrzymanie się Prokuratury Okręgowej w Radomiu od żądania aresztu dla bezpośredniego sprawcy śmierci sześciu osób budzi zdecydowany sprzeciw i poważne wątpliwości, jak bowiem wynika z przebiegu postępowania, zachodzi podejrzenie matactwa w śledztwie i przed Sądem, co w wyraźny sposób ujawniało się w zeznaniach świadków obrony. Wypada jednak rozpocząć od innych zaniechań Prokuratury.

Jak wynika z zeznań kolejnych świadków, uczestniczący w wypadku samochód sprawcy już w momencie zakupu nie był sprawny technicznie. Dowodem na to jest fatalny stan opon, określonych przez biegłych jako „łyse”. Taki pojazd nie powinien przebyć trasy z Anglii do Polski, nie mówiąc już o dalszym odcinku, do Grójca. Na granicy Polski, jeżeli nie wcześniej, uszkodzeniu ulega szybkościomierz i tachograf, co zdecydowanie wyklucza MANA z ruchu drogowego – (ale nie w firmie Artura Jasika.) Ten, doskonale znając sytuację (wszak osobiście kupował samochód w Anglii), polecił oskarżonemu Radosławowi Fijołowi jechać niesprawnym pojazdem. Wreszcie, skutki tragicznego zdarzenia łatwiej przerzucić na niesprawność samochodu, choć naszym zdaniem wypadek nie był spowodowany jego defektami. Mimo to Prokuratura do tej pory nie wyciągnęła z tego stosownych wniosków. Nawet nie wszczęto postępowania przeciw winnym wspomnianych zaniedbań. Podobnie rzecz wyglądała, jeśli idzie o składanie przed Sądem fałszywych zeznań przez świadka Jana Zarębę, czy jego jazdę niesprawnym samochodem.

W gruncie rzeczy, właścicieli odrębnych firm, państwa Ilonę i Artura Jasik wypadałoby zapytać o wiele innych rzeczy. I, tak na przykład: dlaczego zatrudniano kierowców (zwłaszcza dotyczy to Radosława Fijoła) nie podpisując z nimi ani umowy o pracę, ani umowy zlecenia? dlaczego nie sprawdzono list wynagrodzeń z krytycznego okresu? dlaczego nie sprawdzono, czy od wypłaconych wynagrodzeń został odprowadzony sto-sowny podatek? dlaczego przygotowanie kierowcy do wykonania tak poważnej i odpo-wiedzialnej misji, jak jazda samochodem ciężarowym z kierownicą usytuowaną po pra-wej stronie na długiej trasie, polegało na zrobieniu kilku kółek na placu firmy? czy sprawdzono dokumenty przewozowe wszystkich pojazdów (ciężarowy MAN, osobowe FORD i OPEL), jeśli tak, co z nich wynika? czy, wobec podejrzenia o użycie narkoty-ków przez sprawcę nieszczęścia, sprawdzono jego samochód pod kątem obecności w nim narkotyków? czy użyto w tej sprawie psów tropiących? czy na miejscu zdarzenia sprawdzono pod tym kątem ubranie i przedmioty osobiste sprawcy? czy w ogóle doko-nano sprawdzenia tych przedmiotów? co z ewentualnych kontroli wynika? czy dokonano szczegółowej kontroli firm państwa Jasik? Pytania te adresujemy do Panów Prokurato-rów, którzy w ciągu całej rozprawy przed Sądem Okręgowym w Radomiu pytań niemal nie mieli!

A wypadało zapytać świadka A. Jasika, dlaczego nie obawiał się wysłać w tak długą i trudną do przewidzenia trasę wywrotki z załadowanymi na nią dwoma samochodami osobowymi, które w dodatku nie były w żaden sposób zabezpieczone? Dodatkowo, dlaczego ani Policja, ani Prokuratura, ani nawet Sąd żadnych wniosków z tego nie wyciągnęły? Dlaczego, w strefie tak kryminogennej, jaką stanowią przejścia graniczne, w Świecku, właściciel firmy nie obawiał się pozostawić owej wywrotki z cenną, bądź co bądź, zawartością na okres dwóch tygodni, bez jakiegokolwiek zabezpieczenia? Przy tej okazji rodzi się pytanie: czemu, w gruncie rzeczy, miał służyć ten przedłużony postój? Czy przypadkiem nie oczekiwano na okoliczności bardziej sprzyjające uruchomieniu śmiercionośnego MANA?! Czy nie chodziło tu o Europosła? Przecież w zasięgu telefonu były osoby mające świadomość, że śp. Filip Adwent w chwili przyjazdu konwoju pojazdów z Anglii do Polski jeszcze przebywał w Parlamencie Europejskim. Trzeba było na niego poczekać…

W każdej z tych spraw Prokuratura nabrała wody w usta, i mimo, iż w wielu wypadkach wypadało postawić zarzuty, do tej pory – a od zdarzenia minęło ponad dwa lata! – nie zrobiła tego. Wiele zaszłości wymagało wyjaśnienia, doprecyzowania. Nie wykonano tego.

Obecny na rozprawie pan Prokurator Prokuratury Okręgowej w Radomiu nie zechciał też wyjaśnić okoliczności wykonania przez oskarżonego R. Fijoła wielkiej liczby połączeń telefonicznych, w tym także ze świadkiem Janem Zarębą, który zeznał, że w nocy poprzedzającej katastrofę drogową Fijoł całą noc spał obok niego w busie mki Volkswagen, którym obaj przyjechali naprawić i odebrać uszkodzoną wywrotkę. Więcej – nie zechciał wyjaśnić jak to się stało, że oskarżony Radosław Fijoł, wskutek cudownego zdarzenia, doznał daru bilokacji i ze swoją komórką, śpiąc obok J. Zaręby w Volkswagenie stojącym w Świecku, wędrował przez Niemcy! A przecież o kolejnych kłamstwach oskarżonego i jego świadków mówią bilingi rozmów i rozmieszczenie kolejnych stacji bazowych telefonii komórkowej, obok których tej nocy przejeżdżał oskarżony. Możliwe też, że po Niemczech wędrowała jedynie komórka oskarżonego po to, by uprawdopodobnić wyjątkowe zmęczenie oskarżonego, podczas kiedy on sam istotnie przebywał w Polsce… Czemu mogła służyć ta ewentualna mistyfikacja – wypada się jedynie domyślać. Ale pana Prokuratora nawet to nie interesowało. Podczas kolejnego posiedzenia Sądu milczał, nie korzystając z przysługującego mu prawa do zadawania pytań. Czyżby wszystko było jasne…? Wątpliwości wywołane tym pytaniem rozwiał sam pan Prokurator, który zapytany przez uczestników rozprawy, dlaczego on, oskarżyciel publiczny nie zadaje pytań w tak istotnych dla procesu kwestiach, i dlaczego zajmuje zdecydowaną pozycję obrony oskarżonego, odpowiedział, że wszystko za niego robią inni, wobec czego on sam nie ma o co pytać. Pytanie: kto inny, skoro wspomniane pytania nie padły lub zostały przez Sąd pominięte. Wypadało zapytać, po co pan Prokurator w ogóle mitręży czas, ale oddalił się szybkim krokiem, w sposób bardzo niegrzeczny pozostawiając w niepewności, co do praworządności w demokratycznym Kraju płatników różnego rodzaju podatków. Pan Prokurator – w odróżnieniu od swych interlokutorów – był bardzo młody, ale może właśnie z tej racji wypada mu to grubiaństwo wybaczyć…?

Zdumienie budziła powściągliwość Prokuratora, kiedy świadek Krzysztof Zawadzki zeznawał, że R. Fijoł dzwonił do niego o godz. 1720 i 1757 (czego dowodzą bilingi rozmów), a więc tuż przed tragicznym w skutkach zdarzeniem, który nie usiłował wydobyć ze świadka dalszych szczegółów tych rozmów. Podkreślamy: rozmowy miały miejsce tuż przed katastrofą, co – po pierwsze – wyklucza sen oskarżonego w momencie zdarzenia! Każda rozmowa, nawet ta najbardziej banalna, wybudza na jakiś czas jej uczestnika, nawet, gdyby przed chwilą „spał” za kierownicą. Zaś po drugie, nasuwa bardzo realne przypuszczenie, że kierowca MANA był zdalnie – przez telefon – sterowany. O wykonaniu zadania zameldował telefonicznie zleceniodawcom, gdyż, jak przypuszczamy, to było przedmiotem jego rozmowy telefonicznej bezpośrednio po zderzeniu. O tej to rozmowie mówiła świadek Anna Milczarek, która pierwsza znalazła się obok sprawcy. Prokuratura i w tym przypadku nie zechciała wyjaśnić liczby i kolejności, a nawet może treści telefonów, mimo, że wszystkie znajdują się w dostępnych bilingach. Sąd w 47 stronicowym (!) uzasadnieniu wskazuje na jedno: zaśnięcie za kierownicą spowodowane nieprzespaną nocą i stanem zejściowym po użyciu amfetaminy. A więc wg Sądu, wszystko niechcący, zupełnie nieumyślnie! Dowody przeczą temu stanowisku.

Zastępujący prowadzącego śledztwo Prokuratora i obecny podczas jednej z kolejnych rozpraw Prokurator Prokuratury Okręgowej w Radomiu też nie miał pytań. A wypadało je zadać, chociażby w celu wyjaśnienia sposobu przeprowadzenia dowodów z miejsca zdarzenia przez policjantów Komendy Rejonowej w Grójcu. Właściwie żaden z nich nie rozmawiał ze sprawcą na miejscu zdarzenia, a przecież właśnie tam, na gorąco można było zdobyć wartościowe, ważne w sprawie zeznania. Policjant Przepiórka zeznał, że ślady na asfalcie, to nie wynik hamowania, a tylko rysy na jezdni. Świadek Arkadiusz Słupek, technik KR Grójec opisał je niejednoznacznie jako smugi, pozostawiając biegłemu dokładną interpretację dowodów zdarzenia. W tym miejscu Pełnomocnik Poszkodowanej Mec. Andrzej Siedlecki zawnioskował o powołanie odrębnego i niezależnego zespołu biegłych techniki drogowej i dokonanie symulacji komputerowej zdarzenia, jak to się dzieje w cywilizowanych krajach, i… stało się! Pan Prokurator przemówił! Wnioskował jednak o oddalenie prośby Pana Pełnomocnika stawiając się tym samym po stronie oskarżonego. Nb., mimo to Sąd – nie mając jednoznacznych dowodów – uznał, że bezspornie są to ślady hamowania.

Trudno sobie wyjaśnić, dlaczego Panowie Prokuratorzy, których rola podczas postępowania procesowego ustawowo jest diametralnie różna od pozycji obrony, zachowywali się w trakcie rozprawy w tak dziwny sposób. Bo, dla przykładu, kiedy na sali pojawił się świadek Krzysztof Zakrzewski, ignorujący dotychczas przebieg rozprawy inny Prokurator nagle, i to dość niebezpiecznie dla swojego zdrowia, ożywił się. Stało się tak po złożeniu przez świadka zeznań mówiących, że zbliżający się z przeciwka z szybkością ponad 100 km/godz. MAN, którego K. Zakrzewski w sposób niczym niezakłócony od dłuższego czasu obserwował (Zakrzewski jechał jako pierwszy w kolumnie, zaś z przeciwka nadjeżdżał ten jeden, jedyny MAN), nagle zaczął zjeżdżać na jego pas jezdni. Świadek bardzo mocno podkreślił olbrzymią prędkość nadjeżdżającego pojazdu i zamiar kierowcy, który nie tylko wykonał nagły manewr w lewo, na jadące w kolumnie samochody osobowe, ale – kiedy w wyniku pierwszego uderzenia w przyczepkę K. Zakrzewskiego jego ciężarówka odbiła w prawo, zdecydowanie poprawił kierownicą w lewo, uderzając z całą mocą w jadący jako drugi w kolejności samochód śp. Europarlamentarzysty, a następnie w jadącego za nim Poloneza, zabijając na miejscu dwie kolejne, bardzo młode osoby. Wypada tu wspomnieć, że biegli w zakresie ruchu drogowego stwierdzili, iż MAN poruszał się kursem w sposób jednostajnie przekraczającym oś jezdni i działo się tak na długości ponad 150 m. Biegli nie byli na miejscu zdarzenia, ale i oni potwierdzili, że kierowca MANA zachował się w sposób co najmniej dziwny, gdyż odległość od MERCEDESA do TOYOTY była stosunkowo duża i mógł wyprowadzić samochód, a na pewno hamować. Zresztą, wystarczy sobie wyobrazić zachowanie kierowcy, który na chwileczkę zasnąłby za kierownicą – po pierwszym uderzeniu otwiera oczy, wyprowadza lub usiłuje wyprowadzić pojazd na właściwy kurs i… zdecydowanie hamuje. W każdym razie, tak postępuje kierowca, który usiłuje nie dopuścić do wypadku, czy katastrofy komunikacyjnej. Świadek Zakrzewski dodał, że po zdarzeniu R. Fijoł uśmiechał się, nadto powiedział, że to co oskarżony zrobił, zrobił z premedytacją. O celowości katastrofy zeznała świadek także Anna Milczarek, która bezpośrednio po staranowaniu TOYOTY podeszła do uwięzionego w samochodzie Pana Filipa Adwenta, od którego usłyszała, że: „To nie był przypadek!”. Były to ostatnie słowa Zmarłego. Przesłanie stanowiące swoisty testament, zeznanie świadka, którego Sąd nie zechciał zaprotokołować. Dlaczego? Wypada tu podnieść, że Pan Filip Adwent obawiał się zamachu na swoje życie. Trudno przyjąć, że zachowaniem naturalnym dla człowieka zmierzającego do szczytu swej kariery społecznej i politycznej, jest szczególne ubezpieczanie się na życie oraz wykupywanie sobie miejsca na cmentarzu i grobowca (wszystko to stało się tuż przed tragiczną śmiercią). Wszak Zmarły miał dopiero 50 lat…

Wracając jednak do dziwnego zachowania obecnego na sali Prokuratora, przemówił, ponieważ uznał za stosowne zaatakować świadków, którzy jednoznacznie zadali kłam wcześniejszym zeznaniom. Pan Prokurator swoimi pytaniami starał się podważyć prawdę wypowiedzi Anny Milczarek i Krzysztofa Zakrzewskiego utrzymując, iż ich zeznania są tendencyjne i ocenne. W opinii świadka Waldemara Kuchcińskiego, policjanta KR Grójec, zeznania K. Zakrzewskiego i A. Milczarek były najmocniejsze, ponieważ pochodziły z ust jedynych świadków, którzy dokładnie widzieli i opisali wszystkie fazy zdarzenia.

Zdumienie budzi fakt, iż ani Prokuratura, ani Sąd Okręgowy w Radomiu podczas całego postępowania procesowego w wielu miejscach nie dążyły do obiektywnego wyjaśnienia okoliczności tej straszliwej katastrofy, chociaż właściwie zdarzenie wypada nazwać ohydną, z góry zaplanowaną zbrodnią. Sąd nie dopuścił dowodu z ponownego przeprowadzenia badania okoliczności zdarzenia, a zwłaszcza dokonania analizy czasowo-przestrzennej dotyczącej wszystkich faz wypadku. Nie wyraził zgody na wykonanie szczegółowej analizy wypadku przez laboratorium Kryminalistyki KGP. Dlaczego? Sąd, trwającą niezmiernie długo serią uporczywych pytań adresowanych do biegłego z dziedziny toksykologii, wręcz wymusił na nim zeznanie, że ta niewielka dawka amfetaminy mogła mieć wpływ na przebieg wypadku. Wcześniej doktor usiłował wyjaśnić, że przy znacznej wadze oskarżonego (w chwili popełnienia czynu miał ponad 130kg), dawka 68 ng/ml przy zauważalnym progu 50 ng/ml nie ma większego znaczenia. Biegły wprost powiedział, że dla sugerowanego przez obronę, ale też przez Sąd!, utracenia kontroli nad własnym zachowaniem trzeba około 2000 ng/ml amfetaminy, jednak Sąd postawił na swoim i taki zapis znalazł się w protokole rozprawy. Podobnie rzecz wyglądała przy wspomnianym już wyżej opisie rzekomych śladów hamowania MANA, gdzie długo indagowany (naciskany) przez Sąd policjant zeznał, że znajdujące się na jezdni ślady mogły być śladami hamowania ciężarówki. Widać było wyraźnie, że ów technik kryminalistyki miał zdecydowanie dość wymuszanego przesłuchania i chciał jak najszybciej opuścić salę Sądu. Prokurator, tak jak obrona sprawcy, nie domagał się rzeczowego wyjaśnienia sprawy, ani przez owego policjanta, ani przez niezależnych biegłych sądowych. A przecież ślad nagłego hamowania ciężarówki ze wspomaganiem powietrznym, niewyposażonej w ABS, a z taką mieliśmy tu do czynienia, jest bardzo mocny, wyrazisty i jednakowy na całej swej długości. Dzieje się tak, gdyż zablokowane koła rysują oponami wszystkich osi pojazdu zdecydowane, grube linie. Przy założeniu, że wywrotka poruszała się ze znaczną szybkością w linii prostej, powinniśmy otrzymać dwie wyraźne, nawarstwiające się smugi, tym mocniejsze, że samochód miałby hamować tzw. łysymi oponami, a jezdnia w tym miejscu przeszła gruntowną naprawę i była w stanie bardzo dobrym (samochodu nie podrzucało na wybojach). Przy innym ustawieniu kierownicy tak opisanych śladów powinno być cztery lub nawet sześć. Tymczasem Sąd z uporem wartym lepszej sprawy niezachwianie pochylał się nad jedną słabą (zdaniem technika kryminalistyki pochodzącą z innego zdarzenia), nierównomierną i krótką smugą o szerokości dochodzącej do 40 cm. Naszym zdaniem nie było żadnych śladów hamowania, co potwierdza tezę, że wyposażony w prawostronną kierownicę duży i mocny samochód ciężarowy z niesprawnymi (dla niepoznaki!) oponami, niesprawnym szybkościomierzem i tachografem (dla ukrycia prawdziwej, bardzo dużej, niedozwolonej, szybkości jazdy i samego momentu uderzenia!) okazał się doskonałą machiną śmierci, zaś wynajęty do tego celu kierowca wykonał swoje zadanie w 600% (wszak zginął nie tylko szczególny cel ataku Pan Filip Adwent, ale jeszcze pięć innych osób!). Ustawione na nieprzystosowanej do przewozu pojazdów wywrotce samochody osobowe miały dodatkowo wykazać niestabilność całego układu. Jednak według Sądu, sytuacja była nie do końca przewidywalna przez sprawcę, ale w żadnym wypadku nie zamierzona…! Sąd ewidentnie przeczy tu samemu sobie, z jednej bowiem strony na str. 45 „Uzasadnienia wyroku” pisze, iż „Oskarżony nieumyślnie naruszył zasady w ruchu drogowym”, a wcześniej, na str. 43 wskazuje, że oskarżony kierował samochodem, którego stan techniczny i ładunek eliminowały z ruchu. Sprawca więc, co najmniej godził się z możliwością spowodowania katastrofy w ruchu lądowym! Naszym jednak zdaniem, kierowca dla upozorowania zmęczenia i niesprawności wykazał się długotrwałą jazdą i obecnością w organizmie amfetaminy, co wskazując na niby nieumyślność czynu łącznie pozwoliło obronie na nie zabieranie głosu niemal podczas całej rozprawy, tak, jakby wiedziała, że wszystko już zostało dokładnie ustalone… Może stało się tak dlatego, że Sąd sam, bez wezwania, oddalił zdecydowaną większość wniosków dowodowych zgłaszanych przez pełnomocników oskarżycieli posiłkowych. Przykro to przyznać, ale Sąd nie wykazał zainteresowania w wyświetleniu wszystkich zaszłości związanych z tą zbrodnią. Podzielał w tej mierze stanowisko Prokuratury.

Wreszcie, Prokurator nie domagał się, a Sąd nie dołożył należytej staranności dla wcześniejszego doprowadzenia świadka szalenie ważnego – Marcina Dybowskiego, który jako Asystent Posła posiadał olbrzymią wiedzę nt. Jego pracy, życia, planów i zwyczajów. Jak sam zeznał, przebywał z Nim niemal 24 godziny na dobę. Współpracując ze Zmarłym był doskonale wprowadzony w zagadnienia pracy parlamentarnej, politycznej (także tej nie związanej z Europarlamentem) i społecznej. Jako jedna z niewielu osób wiedział o szczegółach wyjazdu Europarlamentarzysty i Jego Rodziny do Polski. Znał trasy przemieszczania się Pana Filipa Adwenta i cel jego wyjazdów. Uznawał się za przyjaciela Zmarłego. I ten człowiek usiłował wydobyć od Żony jeszcze żyjącego, aczkolwiek znajdującego się w stanie śpiączki farmakologicznej, Pana Filipa Adwenta jego osobisty laptop, a kiedy to się nie powiodło, nazajutrz wyłudził go od niepełnoletniego Syna. Mimo wielokrotnych próśb, nalegań i żądań zwrotu oddał go po groźbie skierowania sprawy do sądu, wyrażonej przez prawnika Pani Alicji Adwent. Oddał, ale po wykasowaniu wszystkich danych!!! Wiedza nt. powodu takiego działania nie okazała się dla Prokuratury i Sądu na tyle ważna, by poczuł się zdeterminowany do skutecznego zaproszenia wspomnianego świadka pracującego w Sandomierzu. Znaczące przy tym jest zachowanie samego Marcina Dybowskiego, który od momentu śmierci swego Pryncypała nie tylko w żaden sposób nie okazuje chęci pomocy, czy chociażby zainteresowania tą tragiczną sytuacją, ale unika wszelkich kontaktów z Rodziną Zmarłego. Więcej, nie tylko nie interesuje się okolicznościami śmierci, ale nawet, prawidłowo wezwany, nie stawia się na żadną z rozpraw. M. Dybowski pojawił się przed Sądem dopiero wobec realnego zagrożenia doprowadzenia go siłą. Zaskakującym jest, że w rozmowie z Mec. A. Siedleckim przed rozprawą zagroził, że będzie zeznawał przeciw Rodzinie śp. Filipa Adwenta. Słowa te słyszały stojące w korytarzu Sądu osoby. Dlaczego groził, czy bał się…?! Czego? Jaka była prawdziwa rola M. Dybowskiego? Ta wyjątkowa i zupełnie niezrozumiała sytuacja powinna wzbudzić szczególne zainteresowanie organów ścigania i wymiaru sprawiedliwości, tym bardziej, że do zadania świadkowi pozostało jeszcze kilka innych pytań…

Najwyższym oburzeniem napawa fakt domagania się w apelacji od wyroku przez Obrońcę R. Fijoła obniżenia wymierzonej kary do minimum i jej warunkowego zawieszenia. Już obecny wyrok jest rażąco niski, po pierwsze dlatego, że Sąd przyjął sprawstwo nieumyślne. Opisane wyżej i dowiedzione przed Sądem okoliczności jednoznacznie wskazują, że sprawca świadomie naruszył szereg istotnych przepisów ruchu drogowego, co miało wpływ na przebieg katastrofy komunikacyjnej. Przecież nie wolno siadać za kierownicą niesprawnego samochodu (o niesprawności wiedział już w Świecku!), który to pojazd, wywrotka, w dodatku, jako zupełnie niedostosowany, był załadowany w żaden sposób nie umocowanymi samochodami i poruszał się z szybkością o ponad 30 km/godz. przekraczającą dozwoloną. Przemieszczał się po drogach publicznych pojazdem, który w żadnym razie nie miał prawa tam się znaleźć! W sposób świadomy usiadł za kierownicą po olbrzymim zmęczeniu (jeśli przyjąć tę wersję wydarzeń) i po użyciu amfetaminy. Po drugie: zasądzony wyrok jest przerażająco niski. Wynika z niego, że życie jednej osoby warte jest mniej, aniżeli jeden rok więzienia. Zwłaszcza, iż zdaniem przedstawicieli Stowarzyszenia działania sprawcy miały charakter umyślny, przeprowadzone były z premedytacją. W tym stanie rzeczy domagamy się przyjęcia kwalifikacji prawnej czynu opisanego w art. 173 §1 kk w związku z art. 173 §3 kk i art. 178 §1 kk i wymierzenie mu nieporównanie surowszej kary. Wreszcie w wyniku tej katastrofy zginęło sześć osób, w tej liczbie trzy bardzo młode, na progu życia i Człowiek wyjątkowo zasłużony dla Polski, a także Rodzice Zmarłego, ci, którzy mieli tak wyjątkowy wpływ na patriotyczne, doskonałe wychowanie Syna i Wnuków. Nadto, Stowarzyszenie domaga się wyjaśnienia prawdziwych okoliczności zbrodni, a zwłaszcza wskazania jej zleceniodawców. Tego rodzaju zbrodni dokonują jedynie płatni mordercy. Zatem, kto najął Radosława Fijoła, jaka była rola Ukraińca Saszy, dlaczego wszystko odbyło się przy współudziale A. Jasika i jego firmy, jaki jest tu związek powiązań mafijnych, w wyniku rozliczeń których (jak mówią osoby znające to środowisko), rok wcześniej zginął brat Jasika? Raz jeszcze pragniemy przywołać ostatnie słowa Człowieka, który w obliczu rychłej śmierci, do obcej kobiety powiedział: „To nie był przypadek!”

Po orzeczeniu kary 5 lat pozbawienia wolności Sąd Okręgowy w Radomiu nie zadecydował o potrzebie zatrzymania oskarżonego do czasu uprawomocnienia się wyroku, ani zakazu opuszczania Kraju, nie mówiąc już o dozorze policyjnym, mimo, że istnieje duże prawdopodobieństwo jego wyjazdu za granicę. Zachodzi więc obawa, że Radosław Fijoł, już prawomocnie skazany, nie odbędzie żadnej kary, że już go nie ma nawet w granicach Unii Europejskiej. Jawi się tu kolejne pytanie: komu i dlaczego na tym zależało?

Dla porównania, pozwolimy sobie przywołać toczący się obecnie przed Sądem Okręgowym w Krakowie proces Pana Antoniego Jarosza (sygn. akt IV Kz 1393/07), w którym oskarżony – prof. zw. dr hab. inż., rektor wyższej uczelni, człowiek poważnie chory – został najpierw ukarany decyzją o zatrzymaniu paszportu, dozorem policyjnym i kaucją w wys. 30.000 zł, a następnie zatrzymany na okres trzech miesięcy. Przypomnieć wypada, że zarzuty stawiane Profesorowi są wręcz śmieszne, wobec tych, o których mowa w niniejszym wystąpieniu, przy czym Stowarzyszenie – monitorując także to postępowanie – nie dopatruje się najmniejszej winy oskarżonego, widząc jednocześnie olbrzymie zagrożenie jego zdrowia, a nawet życia. Mamy, więc, dwóch podsądnych: Prof. Antoniego Jarosza i Radosława Fijoła, znamy zarzuty: nadużycie władzy i zabór mienia wartości ok. 1000 zł i – katastrofa, w wyniku której zginęło sześć osób; kara: pierwszy, zagrożenie do 10 lat i drugi, orzeczona 5 lat; zabezpieczenia: Profesor ostatecznie 3 miesiące aresztu i … Ten sam jest tylko kk i kpk!

Stowarzyszenie Obrony i Rozwoju Polski pozwala sobie wyrazić głębokie przekonanie, że zadane tu pytania znajdą wyczerpującą odpowiedź, zaś opisane tu błędy i niedociągnięcia zostaną naprawione w postępowaniu apelacyjnym. Jednocześnie wnosi o surowe ukaranie tych osób, które dopuściły się kłamstw w śledztwie i podczas rozpraw przed Sądem Okręgowym w Radomiu, a także o ukaranie osób winnych czynów zabronionych opisanych w niniejszym wystąpieniu.

Za Zarząd,

(-) Andrzej Klimek, prezes

http://www.soirp.iap.pl/
_________________
JerzyS
"Prawdziwa wiedza to znajomość przyczyn."
Arystoteles
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
JerzyS




Dołączył: 20 Maj 2008
Posty: 3995
Post zebrał 0.000 mBTC

PostWysłany: 07:52, 24 Paź '11   Temat postu: Re: Jak zamordowano Filipa Adwenta Odpowiedz z cytatem

A tu wypadki losowe:


Czyżby Instytucja Nieznanych Sprawców

viewtopic.php?t=14716
============================
Seria pożarów w majątku rodziny Lepperów
dzisiaj, 07:47 RC / Super Express

W sobotę pożar ogarnął jeden z budynków należących do syna zmarłego szefa Samooborny Andrzeja Leppera.

To już trzeci pożar w majątku rodziny byłego wicepremiera.
Policja bada, czy były to celowe podpalenia - informuje "Super Express".

Tomasz Lepper jest właścicielem byłego PGR-u w Drozdowie (woj. zachodniopomorskie).
Spłonęła duża, murowana stodoła pełna siana.
Pierwsi ogień zauważyli sąsiedzi i to oni zaalarmowali służby.

- Dzięki Bogu, że wiatr wiał w przeciwną stronę - mówią znajomi rodziny Lepperów i dodają z przerażeniem, że gdyby było inaczej, to spłonąć mogłyby także inne budynki.

Z ogniem przez kilka godzin walczyło 36 strażaków. - Przesłuchujemy świadków i ustalamy przyczyny wybuchu ognia. Właściciel gospodarstwa twierdzi, że spaliło się 200 bel siana - mówił Damain Stręk, rzecznik Komendy Powiatowej Policji w Sławnie.

Do podobnych wydarzeń dochodziło już w zeszłym roku.
Po żniwach płonęły bele siana na polach Lepperów,
a zimą ogień strawił jeden z budynków magazynowych w tym samym majątku.

Na miejscu znaleziono zapałki oraz but - czytamy na łamach "Super Expressu".

http://wiadomosci.onet.pl/regionalne/szc.....omosc.html
_________________
JerzyS
"Prawdziwa wiedza to znajomość przyczyn."
Arystoteles
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Raynold




Dołączył: 28 Gru 2007
Posty: 339
Post zebrał 0.000 mBTC

PostWysłany: 20:53, 24 Paź '11   Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Temat jest bardzo ważny i powinni go znać wszyscy normalni ludzie. Jednak potrzebne jest tu kilka wyjaśnień i pytać.
1. Dlaczego Ryzyk dopiero rok temu nagłaśnia sprawę ? (dla przypomnienia w czasie kiedy euro poseł Adwent starał się o mandat a następnie go zdobył i mówił sporo o dymaniu Polski i ludzi, Ryzyk był fanem Giertychów i milczał na temat Adwenta)
2. Dlaczego euro poseł Maciej Giertych i jego synalek Roman, z partii w której startował Adwent, nie kiwnęli nawet palcem w bucie po jego śmierci? (jedyną osobą która nagaśniała i badała sprawę był poseł Wrzodak) Dla przypomnienia, następca Adwenta w łunii, wstydzący się swojego rodowego nazwiska, niejaki Zapałowski w czasie kampanii pluł na Adwenta a po objęciu urzędu wprowadzał jego postulaty. Zresztą nawet niejaki SOiRP z prezesem Klimkiem sprawą wyjaśnienia śmierci Adwenta zajęli się służszy czas po fakcie bo w tym czasie bronili przed wymiarem sprawiedliwości pewnego profesora który robił przekręty i pedalił się na wszelkie możliwe sposoby a po ujawnieniu publicznym tych spraw nagle całkowicie zaniemógł.
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora
JerzyS




Dołączył: 20 Maj 2008
Posty: 3995
Post zebrał 0.000 mBTC

PostWysłany: 18:36, 23 Lis '11   Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Raynold napisał:
Temat jest bardzo ważny i powinni go znać wszyscy normalni ludzie. Jednak potrzebne jest tu kilka wyjaśnień i pytać.
1. Dlaczego Ryzyk dopiero rok temu nagłaśnia sprawę ? (dla przypomnienia w czasie kiedy euro poseł Adwent starał się o mandat a następnie go zdobył i mówił sporo o dymaniu Polski i ludzi, Ryzyk był fanem Giertychów i milczał na temat Adwenta)
2. Dlaczego euro poseł Maciej Giertych i jego synalek Roman, z partii w której startował Adwent, nie kiwnęli nawet palcem w bucie po jego śmierci? (jedyną osobą która nagaśniała i badała sprawę był poseł Wrzodak) Dla przypomnienia, następca Adwenta w łunii, wstydzący się swojego rodowego nazwiska, niejaki Zapałowski w czasie kampanii pluł na Adwenta a po objęciu urzędu wprowadzał jego postulaty. Zresztą nawet niejaki SOiRP z prezesem Klimkiem sprawą wyjaśnienia śmierci Adwenta zajęli się służszy czas po fakcie bo w tym czasie bronili przed wymiarem sprawiedliwości pewnego profesora który robił przekręty i pedalił się na wszelkie możliwe sposoby a po ujawnieniu publicznym tych spraw nagle całkowicie zaniemógł.


W IPN nadal w zbiorze akt zastrzeżonych

===========================================================
Mordercy Bohdana uchodzą
Piotr Zychowicz 10-12-2007, ostatnia aktualizacja 10-12-2007 00:28
źródło: zbiory rodziny Piaseckich
źródło: zbiory rodziny Piaseckich

Zemsta po latach. Zbrodniarze czekali z porwaniem syna Bolesława Piaseckiego do 1957 roku

Ta śmierć wstrząsnęła opinią publiczną w Polsce. Makabryczny mord dokonany na pierworodnym synu założyciela PAX nasuwał pytania o sprawców i powody ich działania. Przez wiele lat sprawa uprowadzenia i zabójstwa Bohdana Piaseckiego była jednak tematem tabu. Nie chcieli o niej mówić zarówno zamieszani w zbrodnię komuniści, jak i środowiska kształtujące opinie w III RP. Te ostatnie się obawiały, że ujawnienie, iż sprawcami zbrodni byli Żydzi, może rozbudzić w Polsce nastroje antysemickie.

8 grudnia 1958 roku dwóch robotników dokonywało rutynowej kontroli pomieszczeń sanitarnych w schronie przeciwlotniczym w wybudowanym niedawno budynku na al. Świerczewskiego 82A w Warszawie (dzisiejsza al. Solidarności, vis-a-vis gmachu sądów). Podczas kontroli okazało się, że drzwi prowadzące do jednej z ubikacji zostały zabite gwoździami.

Zdziwieni robotnicy wyważyli drzwi. W maleńkim pomieszczeniu leżało zastygłe w przedśmiertnym przerażeniu, na wpół zmumifikowane drobne ciało. Z piersi wystawała drewniana rękojeść sztyletu.

Sprowadzona na miejsce milicja od razu rozpoznała ubranie nieżyjącego. Jesionkę w jodełkę i charakterystyczne zimowe buty z białymi sznurowadłami. Takie same rzeczy miał na sobie zaginiony dwa lata wcześniej 15-letni uczeń Liceum św. Augustyna na Mokotowie.

Miał na imię Bohdan i był synem człowieka przez niektóre kręgi znienawidzonego: Bolesława Piaseckiego, przewodniczącego stowarzyszenia PAX, twórcy przedwojennego Obozu Narodowo Radykalnego. – Ojca natychmiast sprowadzono na miejsce. Nie miał żadnych wątpliwości, że to Bohdan – wspomina młodszy o dwa lata brat zamordowanego Jarosław Piasecki.

Potwierdził to wkrótce dentysta chłopca, który rozpoznał wstawione przez siebie plomby. W wyniku sekcji zwłok stwierdzono, że młody człowiek zmarł na skutek pchnięcia wojskowym nożem w lewe płuco (ostrze ominęło serce) i potężne uderzenie tępym przedmiotem w głowę. Zamordowany został najprawdopodobniej w dniu swojego porwania.

Który z was nazywa się Piasecki?

– To była jedna z największych afer PRL. Śledztwem, które było na bieżąco relacjonowane w gazetach, żyła cała Polska. Spektakularne, tajemnicze porwanie, a następnie bestialskie zabójstwo, i to w dodatku syna tak znanej postaci, było wydarzeniem bezprecedensowym – podkreśla prof. Peter Raina, autor kilku przemilczanych w latach 90. przez prasę książek na temat śmierci Bohdana.

Do dzisiaj zbrodnia owiana jest tajemnicą. Pomimo trwającego kilkadziesiąt lat śledztwa nie wiadomo na pewno, ani kto zlecił zabójstwo, ani kto zadał śmiertelny cios. Próżno również szukać wzmianki o tym największym politycznym morderstwie PRL w szkolnych podręcznikach. Bohdan, z przyczyn, o których później, został skazany na zapomnienie.

Koszmar zaczął się 22 stycznia 1957 roku o godzinie 13.45.
Do grupki wychodzących z budynku szkoły chłopców podszedł nieznajomy mężczyzna i zapytał, który z nich nazywa się Bohdan Piasecki.
Następnie pokazał chłopcu jakąś legitymację i zaprosił go do stojącej w pobliżu taksówki.
Po chwili Bohdan zniknął we wnętrzu samochodu.


– Pamiętam wydarzenia tamtego dnia, jakby to było wczoraj. Jednego z kolegów Bohdana coś tknęło i wrócił do szkoły. Ja miałem wtedy siedem lekcji, o jedną więcej niż Bohdan. Niestety, ten kolega, aby mnie zaalarmować, czekał, aż skończę zajęcia. W ten sposób straciliśmy cenną godzinę – opowiada Jarosław Piasecki.

Dowiedziawszy się, co się stało, pobiegł do domu, gdzie poinformował o wszystkim rodzinę. Zaniepokojony Bolesław Piasecki natychmiast zawiadomił o porwaniu milicję. Jeszcze tego samego dnia porywacze skontaktowali się z ojcem i za uwolnienie chłopca zażądali okupu.

Rozpoczęła się gra rodem z amerykańskich thrillerów. Ludzie Piaseckiego jeździli po mieście z torbą pieniędzy, podążając za tajemniczymi wskazówkami pozostawianymi przez porywaczy w pudełkach od zapałek. W końcu po kilku dniach przestępcy zerwali kontakt.
(...)
Zabić pierworodnego

– Dziś już wiemy, że była to cyniczna gra. Bohdan nie żył, a porywacze po prostu znęcali się nad ojcem.
Chcieli go upokorzyć. Kazali mu chodzić po mieście z rogami jelenia, stać na zimnie z gołą głową.
Aż trudno uwierzyć w takie okrucieństwo.
To kolejny dowód, że mieliśmy do czynienia z zemstą – mówi prof. Peter Raina.

O tym, że motywem porwania i zabójstwa chłopca była zemsta na jego ojcu, nikt nie miał i nie ma wątpliwości. On sam pisał, że powodem śmierci syna była jego „działalność polityczna”. Taką wersję przyjęły również prokuratura i SB, które rozpoczęły rozpracowywać środowiska jego przeciwników.

Wysuwano wówczas rozmaite teorie. Bohdana mieli porwać byli żołnierze Narodowych Sił Zbrojnych, rozłamowcy z PAX – na czele z Tadeuszem Mazowieckim (!) – zwykli bandyci, agenci obcego wywiadu, a nawet ojciec.

Według ostatniej hipotezy Bolesław Piasecki miał upozorować uprowadzenie i wywieźć syna za granicę.
[Patrz hipoteza o samouprowadzeniu Olewnika przypisek mój]

Za najbardziej prawdopodobną wersję wydarzeń uznano jednak, że chłopca uprowadziły osoby pochodzenia żydowskiego.Historyk IPN Jan Żaryn: – Co do tego nie ma wątpliwości. Ludzie ci nie bez powodu czekali aż do 1957 roku. Wcześniej uważali, że Piasecki jest poza ich zasięgiem, że ma tak silne poparcie w Moskwie. Po 1956 roku uznali, że powiązania te osłabły. Był to również okres, gdy się wydawało, że Piasecki utraci kontrolę nad PAX. Mordercy postanowili go dobić.

Nie zdecydowali się jednak na zamordowanie samego Piaseckiego.
Uznali, że dużo bardziej bolesnym ciosem będzie zabicie jego pierworodnego syna. I jasno dali do zrozumienia, kto zabił chłopca, nadając zabójstwu charakter mordu rytualnego:
pozostawiony w ciele nóż, tajemnicze znaki wypalone we wnętrzu ubikacji.


– Bez odpowiedzi pozostaje jednak podstawowe pytanie: czy było to działanie oddolne szajki żydowskich ubeków i pospolitych przestępców, czy też rozkaz zapadł wyżej?

Czy za zabójstwem stała tak zwana żydowska frakcja w MSW, na czele której stał wiceminister Antoni Alster? – mówi Żaryn.

Teoria pierwsza

Na „trop żydowski” prowadzących śledztwo naprowadziła osoba Ignacego Ekerlinga,
złapanego przez ludzi Piaseckiego (milicja nie potrafiła tego zrobić) kierowcę taksówki,
którą uprowadzono Bohdana. Szybko się okazało, że nie był on przypadkowym świadkiem przestępstwa,
ale uczestnikiem spisku.

Ekerling, który wojnę przetrwał na terenie Związku Sowieckiego, miał szerokie kontakty wśród mieszkających wówczas w Warszawie Żydów.
Przyjacielem jego szwagra Mieczysława Katza – byłego kierowcy KC PZPR – był łódzki przestępca Michał Barkowski (vel Robert Kalman).

To właśnie ten ostatni razem z byłym ubekiem Stefanem Łazorczykiem najprawdopodobniej porwali sprzed szkoły Bohdana.
Miejsce zbrodni wybrał zaś ich znajomy milicjant Adam Kossowski, który utrzymywał w domu na Świerczewskiego 82A mieszkania operacyjne.

Milicja nie była jednak w stanie przesłuchać podejrzanych. Wszyscy po uprowadzeniu Bohdana Piaseckiego wyjechali za granicę. Większość znalazła się w Izraelu. – Uciec próbował również Ekerling, ale w ostatniej chwili dzięki stanowczej interwencji mojego ojca zawrócono go z granicy – mówi Jarosław Piasecki.

W marcu 1966 roku czołowy, powiązany wówczas ściśle z władzami, izraelski dziennik „Maariv” opublikował artykuł, w którym ogłosił, że „zabójcy syna polskiego polityka żyją w Izraelu”. Autor tekstu nazwał zadźganie 15-latka „zabójstwem politycznym” i zapowiedział, że w tej sytuacji PRL nie ma prawa występować o ekstradycję sprawców.

Czy członkowie szajki działali na własną rękę? – Nie wykluczam, że otrzymywali pomoc z zagranicy. W tym kontekście warto przyjrzeć się działalności zmarłego niedawno „łowcy nazistów” Szymona Wiesenthala – uważa Peter Raina. Chodzi o tajemniczą, założoną podobno przez niego organizację Nekama (po hebrajsku „zemsta”).

Jej członkowie mieli eliminować po wojnie niemieckich zbrodniarzy. Skądinąd wiadomo, że Wiesenthal na stworzonej przez siebie „liście faszystów” umieścił Piaseckiego, a część członków szajki porywaczy mogła mieć kontakty z Nekamą. – Próbowałem wyjaśnić ten trop.
Ale pomimo wielokrotnych próśb Wiesenthal nie chciał się ze mną spotkać – mówi Raina.

Teoria druga

To, że komuniści byli zamieszani w zbrodnię, nie ulega wątpliwości. – SB, prowadząc śledztwo w sprawie Bohdana, robiła wszystko, żeby nie wyjaśnić tej sprawy. Pod pretekstem śledztwa zajmowała się raczej inwigilacją środowisk, które były w jakiś sposób powiązane z Piaseckim – podkreśla Jan Żaryn.

Nieudolność (delikatnie mówiąc) funkcjonariuszy jest porażająca. Zacieranie śladów, ginące dowody rzeczowe, zaskakujące pomyłki w pisowni nazwisk, które nie pozwalały na identyfikację sprawców, były na porządku dziennym. Wydawało się, że doświadczeni ubecy i milicjanci tym razem popełniali szkolne błędy. Gdyby nie ludzie Piaseckiego, którzy na własną rękę prowadzili dochodzenie, wiedza o kulisach tragedii byłaby jeszcze mniejsza.

W utrudnianie śledztwa zaangażowała się również partia. Gdy w 1959 roku do sądu wniesiono akt oskarżenia przeciwko Ekerlingowi, reakcja władz była natychmiastowa. Oskarżenie wycofano z sądu na polecenie premiera Józefa Cyrankiewicza i sekretarza KC PZPR Jerzego Albrechta.– Niewykluczone, że decyzja zapadła jeszcze wyżej. Zenon Kliszko powiedział mi kiedyś, że podjął ją sam Gomułka. Rzekomo proces ten miał być szkodliwy dla PRL – opowiada Jarosław Piasecki. Społeczność żydowska w Polsce i na świecie zorganizowała wówczas głośną akcję protestacyjną przeciwko procesowi Ekerlinga, uznając go za „akt antysemityzmu”. Oskarżenie nigdy już nie trafiło do sądu i Ekerling do końca życia pozostał bezkarny.

Dlaczego

Zemsta na ojcu. Ale za co? Autor wspomnianego wyżej artykułu dziennika „Maariv” stwierdził, że chodziło o „skrajny antysemityzm” Bolesława Piaseckiego i zbrodnie, jakich rzekomo miał się dopuścić na Żydach przed i w trakcie wojny. W kontekście tym wymieniano m.in. bójkę, do jakiej doszło w 1937 roku pomiędzy bojówkami ONR i Bundu podczas pierwszomajowej manifestacji na ul. Smoczej w Warszawie. Zginęła wówczas ośmioletnia żydowska dziewczynka.

Bardziej prawdopodobne wydaje się jednak, że przyczyny morderstwa należałoby szukać w wydarzeniach, do których doszło podczas wojny w lasach Podlasia. Czy rzeczywiście kierowane przez Piaseckiego Uderzeniowe Bataliony Kadrowe dokonały jakiejś „antysemickiej zbrodni”?

– Nic takiego nie miało miejsca – odpowiada historyk Kazimierz Krajewski, autor monografii tej formacji. – Jeżeli z ręki żołnierzy UBK zginęli Żydzi, to nie dlatego, że byli członkami określonego narodu, ale dlatego, że walczyli w sowieckich oddziałach partyzanckich – podkreślił, dodając, że w szeregach UBK również byli Żydzi.

Niewygodna prawda

Niewykluczone więc, że mordercy Bohdana mścili się właśnie za tamte wydarzenia. Część członków sowieckich band po tym, jak Polska dostała się pod kolejną okupację, wstąpiła bowiem do UB. Byli partyzanci i ubecy mieli również wraz z Wiesenthalem zakładać Nekamę.

Zabójstwo Bohdana Piaseckiego zawsze było tematem niewygodnym.
Komuniści, którzy byli zamieszani w sprawę, z oczywistych względów nie chcieli, aby była ona nagłaśniana. Temat ten „nie leżał” środowisku, które w III RP kształtowało opinię publiczną. – Piasecki i jego działalność jest dla tych ludzi złem absolutnym. Nie zależy im więc specjalnie na tym, żeby robić z niego męczennika – podkreśla Jan Żaryn.

Peter Raina: – Kluczem do zrozumienia tego faktu jest narodowość sprawców. To, że byli Żydami, nie pasuje do pewnej wizji świata. Kiedy napisałem pierwszą książkę o Bohdanie, mnie też, chociaż jestem Hindusem, oskarżono o „polski antysemityzm”. Zbrodnia, niezależnie czy popełnił ją Polak, Chińczyk, Żyd czy Niemiec, pozostaje jednak zbrodnią.

W 1991 roku Antoni Macierewicz przekazał rodzinie część dokumentów dotyczących sprawy. Brat zamordowanego nadal stara się wyjaśnić, kto zlecił zabójstwo.

– Mój ojciec usiłował to zrobić do końca życia. Potem ja przejąłem to zadanie.

Niestety, mimo że po 1989 roku w naszym kraju dokonało się tyle wspaniałych zmian, nadal nie otrzymałem kluczowych dokumentów.
Dokumentów, które mogą nas zbliżyć do wyjaśnienia zagadki.


Już półtora roku temu zwróciłem się do IPN o te akta, ale nadal mi ich nie udostępniono – podkreśla Jarosław Piasecki.

Pracownicy Instytutu mówią jednak, że dokumenty te jeszcze do niedawna znajdowały się w zbiorach zastrzeżonych,
i zapewniają, że niedługo trafią do rodziny. – Aż trudno uwierzyć, że przez tyle czasu były utajnione!
Pół wieku po dokonaniu zbrodni wielu ludziom najwyraźniej nadal zależy, żeby jej sprawcy nie zostali ujawnieni!
– mówi brat zamordowanego.
_________________
JerzyS
"Prawdziwa wiedza to znajomość przyczyn."
Arystoteles
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
JerzyS




Dołączył: 20 Maj 2008
Posty: 3995
Post zebrał 0.200 mBTC

PostWysłany: 17:38, 08 Mar '17   Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Marcin Dobski
Śmierć posła Rafała Wójcikowskiego: Znamy szczegóły eksperymentu procesowego
publikacja: 16.02.2017
aktualizacja: 16.02.2017, 19:49
Rafał Wójcikowski
Rafał Wójcikowski
Foto: Sejm

W dzisiejszej„Rzeczpospolitej” napisaliśmy o wątpliwościach wokół wypadku posła Kukiz’15 Rafała Wójcikowskiego. Jutro rano prokuratura z ekspertami przeprowadzi eksperyment procesowy. Wiemy, czego będzie dotyczył.

REDAKCJA POLECA
17.02.2017
Przeprowadzono eksperyment procesowy dot. wypadku Wójcikowskiego
17.02.2017
Tragiczna w skutkach zamiana posła Wójcikowskiego
15.02.2017
Nowe poszlaki ws. śmierci posła Kukiz'15 Rafała Wójcikowskiego
03.02.2017
Tragicznie zmarły poseł Rafał Wójcikowski otrzymywał pogróżki?
02.02.2017
Czy posła Kukiz'15 Rafała Wójcikowskiego można było uratować?
24.01.2017
W Tomaszowie Mazowieckim pożegnano posła Rafała Wójcikowskiego
19.01.2017
Nie żyje Rafał Wójcikowski. Poseł Kukiz'15


Z naszych ustaleń wynika, że śledczy są niemal pewni, że auto posła Wójcikowskiego uderzyło w barierki energochłonne, następnie jego volkswagen bora obrócił się o 90 stopni i zatrzymał się na prawym pasie, w poprzek trasy S8 w kierunku Warszawy.

Z komunikatu Prokuratury Okręgowej w Łodzi z 20 stycznia, która zajmuje się sprawą, wynika, że następnie lewym pasem ominął go vx caddy. To nie udało się kolejnemu kierowcy. Niedługo po tym w prawy bok auta Wójcikowskiego uderzył nadjeżdżający ford transit.

W piątkowym eksperymencie procesowym (odbędzie się między godz. 4 a 7 rano) prokuratura, policja i biegli będą chcieli ustalić, czy kierowca forda transita mógł zachować się inaczej na drodze i wyminąć volkswagena bora posła. Według prokuratury uderzenie transita w volkswagena bora przyczyniło się w głównym stopniu do śmierci parlamentarzysty. Według informacji „Rz” prokuratura nie planuje przeprowadzenia innych eksperymentów na trasie S8. Przedsięwzięcie będzie nadzorował prokurator Andrzej Nowak, który zajmuje się sprawą wypadku.

Ustaliliśmy również, że prokuratura dotychczas nie podjęła decyzji o sprawdzeniu bilingów posła Wójcikowskiego, a także logowań jego telefonu komórkowego do stacji BTS w dniu wypadku.

Mimo docierających do nas pogłosek, że przy zmarłym pośle nie odnaleziono w dniu śmierci telefonu i kluczy do domu, te informacje zdementowała łódzka prokuratura.

O wątpliwościach wokół wypadku posła piszemy w tekście: "Nowe poszlaki ws. śmierci posła Kukiz'15 Rafała Wójcikowskiego".
http://www.rp.pl/Kukiz15/170219272-Smier......html#ap-1






_________________
JerzyS
"Prawdziwa wiedza to znajomość przyczyn."
Arystoteles
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Prawda2.Info -> Forum -> Wiadomości Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Strona 1 z 1

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz moderować swoich tematów


Jak zamordowano Filipa Adwenta
Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group.
Wymuś wyświetlanie w trybie Mobile